RECENZJA - Chata 1
Nie ukrywam, nie jestem największym fanem tak zwanych 'Feel Good Movies'. Nie jestem także osobą wierzącą, choć wychowałem się w bardzo konserwatywnym środowisku. Teoretycznie więc, połączenie obu tych koncepcji wraz z moją obecnością na sali kinowej, wydaje się pasujące niczym pięść do nosa. A jednak Chata okazuje się zaskakująco znośna, choć cierpi na kilka bolączek, które trapią także inne, bardzo podobne produkcje.
Głównym bohaterem jest niejaki Mack, szczęśliwy mąż i oddany ojciec trójki dzieci. Jego rodzina wiedzie dobre życie, według zasad kościoła chrześcijańskiego. Niestety, pewnego dnia dobre życie, zmienia się w koszmar. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu wydarzeń, najmłodsza córka Macka, zostaje porwana, i zamordowana. Rodzina nie przyjmuje tej wiadomości najlepiej, a najgorzej przeżywa to Mack, który obwinia się o tragedię. Wszystko zmienia się, gdy otrzymuje tajemniczy list, który prawdopodobnie został przesłany do niego, przez samego Boga. Adresat prosi naszego protagonistę o spotkanie w chacie, w której znaleziono pewne poszlaki dotyczące jego córki…
Najpierw pomówmy o tym, co w Chacie się udaje, a jest kilka takowych aspektów. Doceniam podejście twórców, którzy zdecydowali się nie tworzyć typowej bajki z cyklu „Cierpienie Uszlachetnia". Chata sprawia wrażenie, jakby ludzie, którzy pracowali nad scenariuszem, faktycznie rozumieli pojęcie prawdziwego życia, gdzie nie wszystko układa się po naszej myśli, a pewne tragedie potrafią mieć katastrofalny wpływ na ludzkie samopoczucie. I co najważniejsze, film nie proponuje banałów z cyklu, Masz Depresję? Uśmiechnij się!
Doceniam także pewną uniwersalność morału filmu. W tego typu filmach morał jest najważniejszym aspektem całej opowieści i bardzo się starano, by nie miał wydźwięku taniego moralizatorstwa. A jednak, choć film ma pewne uniwersalne treści, zdecydowanie nie da się uniknąć wrażenia, iż całość nie sprawdza się jako historia dla każdego. A wszystko przez to, iż pomimo pewnej uniwersalności opowiadanej historii, twórcy delikatnie skręcają w stronę bardzo konkretnego widza. Widza wierzącego, identyfikującego się jako Chrześcijanin.
I nie zrozumcie mnie tutaj źle, bo teraz wchodzimy na bardzo śliski grunt, ale ja nie mam nic do filmów Chrześcijańskich, ani samych Chrześcijan. Każdy ma prawo wierzyć w to, co mu się żywnie podoba, a mnie nic do tego. Podobnie, filmy chrześcijańskie mogą opowiadać o czym chcą i jak chcą. Ale jeśli widzę pewne braki w konsekwencji przekazu, filmu, w którym przekaz jest bardzo ważny, to chyba możemy mówić o problemie.
A takich problemów jest tu sporo. Film bardzo chętnie sięga do rozmaitych prawd wiary oraz fundamentów chrześcijaństwa, często celem humorystycznym, ale także po to by pomóc w kreowaniu przekazu. Mamy tu pokazane trzy osoby boże, jest Bóg ojciec, grany głównie przez Octavię Spencer, Jezus którego interpretacja w tym filmie, jest najlepszą, jaką kiedykolwiek widziałem oraz Duch Boży, przedstawiany jako Sarayu, młoda kobieta hinduskiego pochodzenia. To właśnie ta trójka pomaga głównemu bohaterowi w walce z ciężkim bólem.
I wszystko jest w porządku, gdy rozmawiają o cierpieniu i życiu jako takim. Jako postaci, swego rodzaju mentorów, są po prostu świetni. Twórcy z wielkim szacunkiem prezentują te postaci i w jaki sposób uzasadniane są w wierze, często rzucając cytatami z Biblii. Jednocześnie, są to postaci, które wnoszą do filmu mnóstwo świetnego poczucia humoru. Ten film ma masę naprawdę świetnych żartów, które nie wyśmiewają Chrześcijaństwa, a raczej pomagają dostrzec pewne jego elementy w bardzo przyjazny dla widza sposób. Ale tak jak już zauważyłem, to jest w dużej mierze kino religijne. A tego typu filmy mają na celu jedno – nawracać.
I tutaj zaczynają się schody. Schody bardzo strome, oblodzone i bardzo kruche. Widzicie, o ile poprawianie nastroju, i opowiadanie o potrzebie wybaczania wychodzi tu dobrze, film bardzo się miesza, gdy próbuje przekazać trochę głębsze prawdy wiary, dotyczące słuchania Boga i rozmaitych przykazań przez niego narzucanych. Głównie dlatego… bo Trójca Święta otwarcie ignoruje te przykazania w swoich kazaniach. Ba, w pewnym momencie, Jezus wprost mówi, że zasady kościoła nie są ważne. Nie ważne nawet, w co się wierzy, ważne, że się wierzy! A jednak chwilę później dostajemy wykład o tym, jak to człowiek powinien ślepo podążać za jedną religią, nie zastanawiać się ani nawet nie stawiać trudnych pytań. Film ukrywa nawet w tej materii swego rodzaju subtelny komentarz, według którego nie można osiągnąć pełni spokoju, dopóki nie przestanie się zadawać pytań. Ślepe posłuszeństwo, kluczem do szczęścia w religii.
I te paradoksy bardzo szkodzą Chacie, bo cały wysiłek w kreowaniu tego uniwersalnego Boga, nagle kruszy się niczym domek z kart, bo film zdecydował się zrobić nam lekcję o osądzaniu bliźnich, posłuszeństwie względem Boga oraz o piekle i niebie – choć podobno Bóg nikogo nie karze. Przynajmniej według filmu…
A szkoda, bo choć na salę kinową wchodziłem z przeświadczeniem, iż produkt który ujrzę, będzie cyniczną bajeczką na ukojenie, produkt końcowy okazał się zaskakująco znośny, a momentami nawet przyjemny. I to, mimo iż momentami wygląda tanio, a i aktorsko, można zauważyć pewne braki – Sam Worthington sprawia wrażenie, jakby cały czas był wściekły, nawet gdy jego postać rzekomo jest pogodzona z przeszłością.
Niestety jednak całość pada, gdy twórcy próbują nas nawracać. Bo jeśli zdecydujesz się zadawać trudne pytania, dostrzeżesz mnóstwo luk i dziur logicznych, które nie tyle szkodzą historii, co raczej morałom, do których ma ona zachęcać. Są w tym filmie rzeczy, które może docenić każdy widz. Ale obawiam się, że Chata nie przekona nieprzekonanych, a przemówi raczej do osób, które już od dawna wierzą, i są z tego powodu dumne. Efekt końcowy bowiem, przypomina bardziej wysokobudżetowe, niedzielne kazanie, niż faktyczną opowieść o uniwersalnym przekazie.
Ale czy to źle? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza że jako kino dla Chrześcijan, Chata jest o wiele lepsza niż potworki pokroju Bóg nie Umarł…
Moja ocena: 6/10
Zanim w ogóle obejrzałam film już chciałam się pokusić o polemikę, ale powstrzymałam się, obejrzałam i wciąż mam na nią ochotę. :)
Przykre, z Twojej strony, jest totalne pominięcie źródła, którym jest książka. Oddajesz „zasługi” niebanalności, uniwersalności morału produkcji filmowej, bez wzmianki o autorze tej historii. To trochę krzywdzące, ale nie jest to główny powód dla którego komentuję.
Chrześcijaństwo jest historią dla każdego, podobnie filmy „chrześcijańskie”, których celem, poza tym komercyjnym, jest ewangelizacja. Celem filmu nigdy nie jest nawracać, ponieważ nawrócić może tylko Bóg, jest to słowne nadużycie z Twojej strony, ale również możliwy błąd interpretacji, dlatego zwracam na niego uwagę. Podobnie gdy mówisz o prawdach wiary, otóż są one bardzo konkretne i żadna z nich nie traktuje „o słuchaniu Boga”. Chrześcijaństwo jest pełne dobrego humoru, chrześcijaństwo śmieje się z prawa kanonicznego i obala wszystkie mity z kościelnej ławki, czy też zapyziałych lekcji religii.
Filmowy Jezus, jak dobrze zauważyłeś, kwestionuje zasady kościoła, jednak nie prawdy wiary, czy przykazania. Nie odnotowałam wypowiedzi w której postać ta zakłada, że nieważne w co się wierzy, ważny jest sam fakt wiary. Jednak nawet jeśli tak powiedział to ma absolutną rację i wcale nie przeczy żadnej prawdzie wiary. Chrześcijańska wiara jest łaską, którą można dostać tylko od Wszechmogącego. Wiara nie pochodzi z żadnego innego źródła niż od samego Boga, dlatego faktycznie nieważne w co się wierzy, jeśli tę wiarę podarował Ci Bóg we własnej osobie.
Każdy, myślący człowiek w pewnym momencie życia staje przed ścianą, nie może jej rozbić- nie może dostać odpowiedzi na trudne dla siebie pytania. Tak jak bohater filmu, nie może pogodzić się z tragedią jaka spotkała jego rodzinę. I w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest przestać zadawać pytanie i podążać ślepo za Bogiem. Prawdopodobnie tego nie zrozumiesz, ale życzę Ci z całego serca abyś kiedyś zrozumiał. W tej sytuacji odpowiedzią na pytanie bez odpowiedzi są dary Ducha Świętego, jeden z nich występuje w tej historii pod postacią Mądrości. W pewnym momencie nie dasz rady obejść ściany, wspiąć się na nią, podkopać się, będziesz mógł albo zawrócić, albo przyjąć dary. Kiedy przyjmujesz dar- tak jak Mack zamykasz oczy i „na ślepo” idziesz za tym do czego zaprasza Cię Bóg, na co Duch Święty otworzył Ci oczy i do czego Chrystus Cię zachęca.
„ Ślepe posłuszeństwo, kluczem do szczęścia w religii.”
Chyba wiem co masz na myśli, ale nie mam pojęcia co to jest „szczęście w religii”. Daję głowę, że żaden człowiek w historii tego świata nie osiągnął „szczęścia w religii”. Może właśnie tu jest haczyk.
„Chata” nie zaprasza Cię do żadnej religii. Jezus umierając na krzyżu nie stworzył religii. To ważne, aby zdać sobie z tego sprawę. On otworzył niebo, przypieczętował nowe przymierze, udowodnił swoją miłość do każdego człowieka na świecie. Nie stworzył żadnej religii, nie chodził na roraty z lampionem, ani na cotygodniowe gorzkie żale. Możliwe, że patrząc na to śmieje się pod nosem, oby tak uroczo jak grający go aktor. :)
Mam nadzieję, że kiedyś też się tak zaśmiejesz. Życzę Ci abyś poznał wiarę, a nie religię i poznał na własnej skórze filmową tezę, z którą ja się zgadzam: „Bóg nikogo nie karze.”
Wysokobudżetowe kazanie- jak najbardziej.
Nienajlepsza gra aktorska- otóż to.
Przesłodzona, amerykańska bajka- zdecydowanie.
Próba nawracania i nielogiczna próba ukrócenia trudnych pytań- absolutnie nie.
Za historią, również za książką, będę stała murem.
Serdecznie pozdrawiam,
S.