Bloger amator. Miłośnik kinematografii, wielki fan Christophera Nolana, maniak Toma i Jerry'ego.

RECENZJA - Uciekaj! 0

Nie będę ukrywał, że mam z tym filmem bardzo duży problem. Kiedy czytałem i oglądałem recenzje rozmaitych zagranicznych krytyków, myślałem, że Uciekaj! Może być czymś naprawdę intrygującym. Sam zamysł filmu jest niezwykle intrygujący i może posłużyć za ciekawy komentarz społeczny. Potem okazało się, że w produkcji palce maczało Blumhouse, wytwórnia, która wydała także jeden z najlepszych (moim zdaniem) filmów ostatnich lat, Dar.

Tak więc, oczekiwania miałem bardzo wysokie, i myślę, że większej krzywdy tym faktem nie mogłem sobie zrobić. Nie ulega wątpliwościom, że Uciekaj! to film dobry. Sęk w tym, że dobry, to najlepsze określenie, jakiego mogę tu użyć.

Film opowiada historię Chrisa. Chris jest (chyba) zadowolonym z życia fotografem, który (chyba) mieszka ze swoją dziewczyną/narzeczoną (niepotrzebne skreślić). Poznajemy go w momencie, gdy szykuje się do wyjazdu. Oto bowiem, jego ukochana chce go przedstawić swoim rodzicom. Chris ma jednak złe przeczucia co do wizyty. Widzicie, Chris nie jest bowiem pewny czy rodzice jego białej partnerki zaakceptują fakt, iż jest czarnoskóry. Sytuacji nie poprawia fakt, że po przyjechaniu, zaczyna zauważać sporo niepokojących rzeczy. Rzekomo, bardzo tolerancyjni rodzice, okazują się mieć czarnoskórą służbę, a ich znajomi, są dziwnie zafascynowani Chrisem i jego umiejętnościami.

Choć historia jest bez wątpienia intrygująca i zdaje się zawierać bardzo ciekawy komentarz społeczny, w końcowym rozrachunku okazuje się dość rozczarowująca. Jeśli choć odrobinkę interesujecie się kinematografią i jesteście świadomi tropów występujących w filmach, myślę, że będziecie w stanie rozgryźć kierunki, w które skręca historia mniej więcej po 15 minutach seansu. Pewne motywy, które później są przedstawiane jako niespodziewane plot twisty, są widoczne na długo, zanim zostaną nam faktycznie przedstawione. Oprócz pewnego smutku tkwi w tym również swego rodzaju ironia, bo sam Chris jako bohater jest nakreślony po prostu niechlujnie.

Zauważyliście pewnie sporo "chyb" i innych nawiasów sugerujących brak dokładnych odpowiedzi na pewne zagadnienia. Sam film nie klaryfikuje dokładnych relacji między Chrisem a Rose, jego ukochaną. Niby są razem, ale oprócz tego, że są jakieś 5 miesięcy, nie wiemy w sumie nic więcej. Trudno nawet określić czy mieszkają razem. Trudno też powiedzieć czym zajmuje się nasz bohater. Ponoć jest fotografem, ale trochę wątpię by ta robota była aż tak dobrze płatna, by pozwolić sobie na aż takie luksusy (choć tutaj jestem w stanie zauważyć, że Chris jest swego rodzaju celebrytą w świecie fotografii, więc może to jakoś wpływa na sytuację.).

W tym momencie jakiś czytelnik, który jest już zaznajomiony z moim stylem pisania (a mianowicie jego brakiem) oraz z moimi opiniami na temat filmów, i tego co według mnie, składa się na dobry film, może mi zarzucić pewną hipokryzję. Wiele razy krytykowałem filmy za to, że rzucają zbyt dużo informacji w formie ekspozycji, i boją się traktować widza jak osoby inteligentną. Więc jak to tak, krytykować film, który nie ucieka się do taniej ekspozycji?

Cóż, mój problem nie wychodzi z faktu, że są to czynniki źle zrealizowane. Prawda jest taka, że w formie, w jakiej film trafił do kin, backstory Chrisa jest praktycznie niepotrzebne. Jednakże, gdyby Jordan Peele, scenarzysta i reżyser filmu, chociaż spróbował nam owe życie przedstawić w jakiś bogatszy sposób, to co dzieje się w późniejszej części filmu miałoby o wiele większy emocjonalny wpływ na widza. Potencjalna utrata wolności przez bohatera byłaby znacznie bardziej przerażająca, gdybyśmy mieli pełny obraz tego, co może stracić!

Tu tkwi kolejny problem – choć film jest reklamowany jako przerażający thriller/horror (zależy od konkretnej reklamy), to jako takowy, wypada bardzo słabiutko. Co bardzo mnie rozczarowało, bo moim największym oczekiwaniem wobec tego filmu było to, że przerazi mnie do szpiku kości, tak że P.T. Hideo Kojimy może się schować. Ale nie wyszło. Teoretycznie widzę, o co twórcom chodziło. Nie jest to opowiastka o duchach tylko o psychicznej manipulacji. To jest coś, co powinno do mnie dotrzeć do głębi. Ale pomimo drobnego niepokoju, Uciekaj! nie było w stanie wpłynąć na mnie w większym stopniu. Co jest dla mnie wyjątkowo frapujące, bo jestem typem człowieka, który potrafi się przestraszyć własnego cienia. Czy to oznacza, że horrory nie są już straszne?

Dywagacje tej natury zostawmy na później, wróćmy do Uciekaj!. Jest bowiem jeszcze kilka sporych problemów, które mam z tym filmem. Wiele osób wychwala komentarz na temat społecznej sytuacji w stanach zjednoczonych. I wiecie, mniej więcej do połowy filmu, byłbym w stanie się zgodzić, iż taki komentarz się w filmie faktycznie znajduje. Tylko że w pewnym momencie, dostajemy plot twist. I to taki bardzo głupi plot twist. Znaczy, ten plot twist ma jakieś znamiona sensu, i można go jakoś odnieść do filmu, ale gdy zestawi się go, z tym co widzieliśmy wcześniej, włączając w to pewne specyficzne zachowania, można zauważyć bardzo dużo rozmaitych dziur logicznych z nim związanych. Niestety jednak nie mogę ich przytoczyć, bo znowu będę miał pogadankę o tym, że nie powinienem rzucać spoilerami w recenzjach.

Jednakże problemem nie są nawet same wydarzenia. Największym problemem jest bowiem ton. Przez 2/3 filmu, produkcja próbuje udawać, że jest osadzona w świecie podobnym do tego prawdziwego. Owszem, pojawiają się motywy dość dyskusyjne, jak hipnoza, ale można to jeszcze jakoś zrozumieć. Kiedy jednak zaczyna się końcowy akt filmu, można w gruncie rzeczy wyrzucić jakiekolwiek pozory rzeczywistości przez okno. Paradoksalnie, ten końcowy akt jest o wiele bardziej intensywny niż cała reszta filmu, i zdecydowanie jest moją ulubioną częścią filmu. O ile lepiej by więc wyglądał ten film, gdyby całość była w tym tonie finalnego aktu?

Nie przekonały mnie też postaci w tej opowieści. Główny bohater jest praktycznie bez wyrazu, a i aktorsko nie powala. Daniel Kaluuya jako Chris jest nieprzekonujący, praktycznie od pierwszych chwil trwania filmu. Nie pomaga też jego przyjaciel Rod, grany przez LilRel'a Howery. Rod jest tutaj swoistym comic relief, ale w końcowym rozrachunku, większość jego sucharów trochę psuła poczucie napięcia. Jedyne postaci, które są faktycznie fascynujące, to rodzina Armitage. Zaczynając od Rose, ukochanej protagonisty, przechodząc przez fantastycznie niepozornych rodziców Deana i Missy, koncząc na postaci Jeremy’ego, koncertowo zagranego przez Caleba Landry Jonesa. Jego występ kradnie uwagę, za każdym razem, gdy pojawia się na planie. Jest chory, niezrównoważony, i bynajmniej nie zamierza się z tym kryć. To zdecydowanie perełka w obsadzie.

BTW, tej sceny nie ma w filmie, choć była w Trailerze

Choć bardzo dużo na ten film narzekam, nie znaczy to, że jest to film zły. Tak jak wspomniałem na początku, jest to film, który można określić jako dobry. I nie bez powodu. Aspekty, które krytykuję w tym filmie, mają podstawy do bycia czymś naprawdę ciekawym, i są to podstawy, częściowo realizowane. Jak już wspomniałem, fabuła jest dość intrygująca. Jej założenia są bardzo dalekie od typowych horrorów. A skoro o typowych horrorach wspominam, to wypada pochwalić bardzo trudny cel, jaki obrali sobie twórcy. Zamiast bowiem bazować na plejadzie tanich jumpscare’ów, które przerażą tylko fonofobów film, chociaż próbuje trochę namieszać w mózgu widza. Nie zawsze się to udaje, ale i tak, pochwalić wypada.

Podoba mi się także stylistyka filmu i różne symbole, które są w niej ukryte. Czy to mowa o artystycznych reprezentacjach ludzkiego umysłu, czy o aspektach ubioru poszczególnych postaci, ładnie kontrastujących z kolorem skóry bohaterów. Nawet takie detale jak samochody zostały dopracowane, czy to białe Porsche, czy auto dziewczyny głównego bohatera. Podpowiem – nazywa się Lincoln. I coś mi się zdaje, że nie bez powodu.

A może patrzę za głęboko? Prawda jest taka, że bardzo chciałem ten film pokochać. Krytyczne przyjęcie tego filmu jest niesamowite, a i twórcom dałem olbrzymi kredyt zaufania. Niestety jednak film do moich wysokich oczekiwań nie dorósł. I szczerze mówiąc, nie jest tu tak jak z La La Landem, gdzie mogę wprost powiedzieć, że marketing przehajpował ten film na śmierć. Jedyne informacje, których udzieliły mi trailery, brzmiały "Film jest przerażający" i "Jego twórcy tworzyli Dar". Resztę musiałem sobie dopisać sam, a teraz po prostu próbuję się przekonać, że mi się bardzo podobało…

Tak więc, przechodząc do podsumowania, Uciekaj! to bardzo intrygujący film, który w wielu aspektach spełnia swoje zadanie naprawdę dobrze. To 90 minut, porządnego suspensu, ale te minuty są przepełnione problemami, które nie pozwalają filmowi, osiągnąć czegoś więcej. To mogłoby być kolejne arcydzieło, film, za który oddałbym każde pieniądze, by mieć na półce w mojej kolekcji płyt DVD. Ale nie jest i mogę za to winić tylko i wyłącznie siebie.

Moja Ocena: 6/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…