„21” – Vegas bez emocji. 7
To jeden z tych filmów, które pokazują wielkie umysły wielkich uczelni w szeregach uczniów i jakie z tym wiążą się "przygody". Realia szkoły, przyjaźnie, miłości, zajęcia pozalekcyjne, ambicja, sukcesy, porażki. Specyfiką "21" Roberta Luketica są światła Vegas.
Film, oparty na faktach, porusza problem przemiany głównego bohatera, którego wciąga hazard, dobra zabawa i łatwe pieniądze, i który po drodze gubi swój cel, ale również i nieśmiałość. Jednak postać Bena Campbella, grana przez coraz jaśniej świecącą, młodą gwiazdę, Jima Sturgessa jest nakreślona nieco sztucznie, cukierkowo. Sturgess nie gra roli wybitnej, chociaż jego chłopięca uroda i zawadiackie spojrzenie miło wypadają w filmie i na pewno chwyci za serce wiele kobiet. Dla mnie jednak jego gra niewiele różniła się od roli Jude w „Across the Universe”.
Bardzo wyraźną postać stworzył za to, tradycyjnie, Kevin Spacey. Błyskotliwy, dowcipny, jednak pazerny i zakochany w sobie profesor Micky Rosa jest bardzo przekonywujący. Jego postać dość konkretnie przedstawia sytuację na zapleczu wielkich uczelni – układy, wspólnie wyświadczane sobie przysługi - bezwzględne i oczywiście kosztem studentów.
Niewielką, ale znaczącą w filmie, rolę gra Laurence Fishburne. Jako Cole Williams, ostatni z wielkich, tradycyjnych ochroniarzy kasyna, walczy z postępem techniki - nowym oprogramowaniem wychwytującym liczących karty oraz zadrą z przeszłości, Kevinem Spacey. W tle dramat człowieka, który musi pożegnać się z karierą i przejść na przymusową emeryturę, która dzięki "sile perswazji" nie będzie taka zła.
Reszta młodych aktorów stanowi w zasadzie tło dla tego kolorowego teledysku.
W filmie wraz z Benem uczymy się jak liczyć karty, poznajemy „system”, jednak trudno wczuć się w rolę hazardzisty. Mimo głośnej muzyki w tle, nie czuć podniecenia, gdy pada oczko i słychać znane powiedzenie grających w Black Jacka: „Winner Winner, chicken dinner”. Nie pomagają również momentami świetne zdjęcia. Russell Carpenter, zdobywca Oscara za najlepsze zdjęcia za „Tytanika” w 1997 roku, wykonał kawał dobrej roboty i często w wielu słabych scenach to jego praca ratowała widza przed uśnięciem.
Jeśli macie nadzieję nauczyć się, jak zbijać fortunę w oczko, rozczarujecie się. Chociaż zasady gry są dość szczegółowo tłumaczone przez pół filmu, kończą się jednak na gestach i nauce oznaczeń, z których korzystają bohaterowie. Sama rozgrywka przy stole może być niezrozumiała dla widza. I w filmie owa rozgrywka jest nieco nudna, nie trzyma w napięciu, mimo, w założeniu nakręcającej, głośnej muzyki.
Nie jest to film ambitny. Raczej taki, na który idzie się po pracy by oderwać się od codzienności i rozerwać niezobowiązująco. Można by powiedzieć: ot, bajeczka. Z tych, gdzie dobro zwycięża zło, gdzie wygrywa ten bardziej prawy i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Ot tak, łatwo, prosto i przyjemnie. Można obejrzeć, tym bardziej, że na Jima Sturgessa faktycznie jest miło popatrzeć.
6/10 Ciekawy film typowo amerykański