@dawidek98
Jestem ogromnym fanem kina lat trzydziestych XX wieku, także nie mogłem sobie odpuścić obejrzenia tej cudowności spod ręki Todda Browninga. Najbardziej mnie uderzyła kreacja Beli Lugosiego tytułowego bohatera, a nawet polski akcent, kiedy to dziewczynka handlująca kwiatami nawołuje ludzi: "Kwiatki pachnące!" – nie macie żadnych omamów, użytkownicy, ja też to samo słyszałem. Bardzo mi się podobała też kreacja Edwarda Van Sloana jako profesora Van Helsinga, a nawet aktorzy grający małżeństwo Harkerów: Helen Chandler i David Manners. Uważam, że to dobrze iż książę Dracula, największy ze wszystkich wampirów jakie kiedykolwiek istniały na Ziemi dotrwał aż do dzisiejszych czasów – ale najbardziej lubię wersję Francisa Forda Coppoli z 1992 roku z muzyką Wojciecha Kilara i kreacjami tak wybitnych osobowości brytyjskiego kina jak Keanu Reeves, Winona Ryder, Gary Oldman czy Anthony Hopkins. 8/10
Absolutnie nieudany serial. W ogóle mnie nie zaangażował, usypiałem jak cholera na nim podczas jego oglądania. Można było naprawdę odpowiednio dopracować tego typu produkcję – mi się nigdy "Kompania braci" nie podobała i koniec.
John Harrison wziął się za ekranizację "Diuny" o niebo lepiej niż David Lynch czy Denis Villeneuve. U niego nie ma nudziarstwa czy prawie trzygodzinnych rozmów o religii czy wierze w Boga, tylko ukazane życie rodziny Atrydów, zakonu Bene Gesserit czy samych Fremenów. A gra aktorska wyśmienita – William Hurt jako książę Leto Atryda fenomenalny (dziwię się, że tak nisko ocenili jego grę aktorską, pewnie na ślepo wystawiali mu niskie noty), a Alec Newman w roli Paula Atrydy wypadł o niebo lepiej niż Timothee Chalamet czy Kyle MacLachlan. Tak samo Chani – Barbora Kodetova dużo fajniej zagrała ukochaną Paula Atrydy, aniżeli Zendaya czy Sean Young. Bardzo dopracowany miniserial, tylko niestety nie wszyscy to dostrzegli. 10/10
A mi bardziej od wersji Lyncha i Villeneuve’a. Osobiście uważam "Diunę" z 2000 roku za najlepszy film telewizyjny science-fiction, jaki kiedykolwiek nakręcono.
Bo to go podnieca, taki już jest, taki się urodził. Chris Bauer zaskakująco dobrze wcielił się w rolę największego czarnego charakteru filmu Joela Schumachera.