@dawidek98
Wracaj oglądać Harrego Pottera czy polskie kabarety.
Wiele scen jest w tym filmie kultowych, można by je opowiadać godzinami. Pierwsza część "Matrixa" jest po prostu jedyna w swoim rodzaju.
"Pani Soffel" to niedawno zmarła niestety Diane Keaton – zagrała bardzo dobrze, ale najbardziej mi się podobał Terry O’Quinn w roli detektywa Bucka McGoverna. Mamy trochę scen w więzieniu, ale Ed Biddle grany przez charyzmatycznego Mela Gibsona zostaje dzięki tytułowej bohaterce uwolniony z więzienia za zabicie sklepikarza. Ktoś i tak by mu wyrządził krzywdę, w końcu trwały zamieszki w Pensylwanii. Tym niemniej, jestem pod wrażeniem filmów z lat osiemdziesiątych, bo tak się składa, że to jest moja najulubieńsza dekada mimo, że nie miałem przyjemności spędzić w niej ani dnia. Ale polecam każdemu "Panią Soffel". 8/10
Cieszę się bardzo, że Cię zachęciłem do obejrzenia tego włoskiego dzieła sztuki.
A ja pojmuję, bo miałem przyjemność być rok temu na Sycylii – i uważam, że Katania jest dużo ładniejsza niż takie Palermo.
Z której autor powieści na pewno byłby dumny.
To jeden z tych filmów, które nigdy nie przeminą z wiatrem. Moja ścisła czołówka najlepszych filmów włoskich wszechczasów. Burt Lancaster, Claudia Cardinale i Alain Delon udowodnili w tym obrazie, że należą do elity aktorskiej nie tylko europejskiego, ale i nawet Hollywoodu. A Luchino Visconti zarówno tym obrazem (jak i "Śmiercią w Wenecji") udowodnił, że można śmiało postawić go na tej samej półce reżyserskiej z Giuseppe Tornatore i Federico Fellinim. Stroje, scenografia, muzyka, plenery, wspomniane przeze mnie już wcześniej aktorstwo – filmy z XX wieku można pochłaniać i smakować łyżkami czy widelcem, jak każdemu jest wygodnie. Polecam z całego serca obejrzeć "Lamparta".
Potwierdzam, zgadzam się. Dodam jeszcze tylko, że dzisiaj w nocy pierwszy raz go widziałem i doznałem olśnienia. Toż to jest, kurde mol, genialne!
Moja czołówka filmów z Jonem Travoltą. A usłyszeć w ścieżce dźwiękowej takie kawałki, które każdy przynajmniej raz w życiu słyszał – takie jak "Stayin’ Alive", "How Deep is Your Love" lub tytułowe "Saturday Night Fever" zespołu Bee Gees? Prawdziwa przyjemność. Najlepiej aktorsko wypada oczywiście John Travolta, tu nie ma co dyskutować. Karen Lynn Gorney jako Stephanie bardzo dobrze zagrała i nie rozumiem, skąd tak niskie noty dla tej kreacji. Pełno dramaturgii, napięcia, a zarazem wiekopomnych scen tanecznych w klubie "Odyseja 2001". Mimo nieco głupkowatych dialogów film jak najbardziej dramatyczny – bo są sceny, kiedy to się biją, że aż jeden ląduje w szpitalu, a zarazem jeden z nich skacze z Mostu Broóklyńskiego i nie wiadomo wcale, czy przeżył. Dla mnie najlepszy film taneczny wszechczasów i jestem skłonny każdemu go polecić. 8+/10
U mnie numerem 1 z filmografii tego świętej pamięci już człowieka jest "Zaklinacz Koni".
Proszę czekać…