Ale sieczka… Łał!
> Pisząc “spartolone na całej linii” dla pewności przejrzałem filmografię i o dziwo nie mogę znaleźć choćby jednego takiego filmu, a co dopiero co najmniej dwóch, co sugeruje twoje zdanie.
Znajdź mi chociaż jednego reżysera, który w swojej filmografii miał same perełki. Każdemu trafiają się mniej lub bardziej udane filmy. Dla mnie chociażby taki "Katyń" był wielką porażką.
> Jakoś przed Wajdą nikt na adaptację dzieła Mickiewicza się „nie porwał”. A dlaczego? Względów, a raczej trudności we właściwym zrealizowaniu takiego przedsięwzięcia jest mnóstwo.
Z tego co wiem powstała przed filmem Wajdy jedna adaptacja (w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego z 1928 r.). Jest nawet w bazie fdb.
> Dziwne to raczej jest zdanie założyciela tematu, który, jak słusznie zauważyłeś, po prostu nie dorósł do “Pana Tadeusza”:)! Dla mnie adaptacja Wajdy jest znakomita!!!
Ok, odpowiem jak "wydorośleje"… Skoro nie stać Cię na nic innego…
> Też tak myślę! Cieszy mnie, że znalazł się ktoś, kto ceni tę adaptację wyżej od amerykańskiej komercji:)!Martwią zaś tak pochopnie wypowiadane opinie(nie po raz pierwszy!), które z krytyką nie mają nic wspólnego. Założyciel tematu „jeździ” po filmie bez żadnego uzasadnienia, po czym na koniec przyznaje, że jednak adaptacja wierna oryginałowi i warto obejrzeć. Totalny brak konsekwencji. Jeszcze brakuje tylko, aby zaczął pouczać fachowców jak należało by zmontować film. Paradne! Każdy oczywiście ma prawo do wypowiadania swojej opinii, ale krytykanctwo a krytyka do dwie całkiem różne sprawy! (ale to Ciebie nie dotyczy!)
Jana, cenię sobie luźny styl wypowiadania się. Jeżeli komuś to nie pasuję, niech po prostu ignoruje moje "wypociny" i po sprawie. Czasami też przydatne jest wyczucie sarkazmu… Co do montażu. Interesuję się od kilku ładnych lat obróbką filmową i potrafię odróżnić amatorszczyznę od solidnie zmontowanego materiału. W "Panu Tadeuszu" niestety nie był on na wysokim poziomie. Szczególnie błędy ujawniają się na początku filmu (na przykład podczas przechadzki Gerwazego z Hrabią). W sumie nie dziwi mnie to. Mając tyle tekstu do wypowiedzenia, konieczne są zmiany ujęć i konieczność ich późniejszego zmontowania.
Pa!
5/10 – Przede wszystkim mistrzowski występ Holoubeka m.in. podczas Wielkiej Improwizacji (aż ciarki po plechach przeszły). Film, niestety podobnie jak książka Mickiewicza, niemiłosiernie usypiający. Podobna sytuacja jest z "Panem Tadeuszem". W obu dziełach reżyserowie nie potrafili zachować równego tempa akcji. Tutaj, w "Dziadach" objawia się to w aktorstwie. Część z nich grała w sposób całkowicie teatralny i znaleźli się tacy co wygłaszali swoje kwestie na całkowitym "luzie". Na szczęście udało się uchwycić tajemniczość, mroczny klimat, szczególnie z części drugiej!
Ale nie jest to spartaczona robota. Idealna rzecz na lekcję polskiego – uczniowie sobie pośpią, a nauczyciel ma chwilkę spokoju.
Allen a’la Kafka! – Woody jakiego jeszcze nie znałem! Nie dość, że sprawnie łączy elementy grozy i absurdu, to śmieszy do łez. A cały "spektakl" przeprowadzony z niezwykłą błyskotliwością i fasonem.
Allen po mistrzowsku kreuje znamienity klimat, który przypomina ten z kafkowskiego "Procesu". Te wszystkie uliczki "sparaliżowane" mgłą, gorączka nastrojów i przytłaczająca atmosfera robią wrażenie. Czuć, że coś wisi w powietrzu, ale "to"… nie wybucha. Wątek, jak mogłoby się zdawać z seryjnym psychopatą, przeszedł całkowicie na dalszy plan i stał się jedynie podtekstem na neurotyczne zagrania Allena. Poza tym między wersami reżyser stawia ważne pytania – o istnienie Boga, granice ludzkiego umysłu.
Trochę jeszcze za mało wiem o ekspresjonizmie, ale wydaje mi się, że cel reżysera został osiągnięty. Momentami wydaje się nam, że oglądamy rodowity niemiecki film Murnau’a czy Langa z tamtego okresu. Szkoda, że Allen nie poszedł za tym stylem dalej w swojej karierze.
Świetnie poprowadzeni aktorzy (jak zwykle!), nienaganne, klimatyczne zdjęcia i szereg błyskotliwych dialogów sprawiły, że film Nowojorczyka od razu przypadł mi do gustu.
Ulubione teksty:
Irmy: Czy w takim razie jestem prostytutką?
Kleinman: Ale tylko mwedług definicji słownikowej.
Strażnik: Ktoś się tam czai. Tam, w tamtym zaułku.
Kleinman: Mam się rozpłakać czy może rzucić do ucieczki?
Prostytutka: Co robisz w tym cyrku?
Irmy: Połykam miecze.
Prostytutka: To także moja specjalność.
Gospodyni: Ale po co ci krawat? Idziesz przecież łapać psychopatę
Kleinman: A jeżeli spotkam mojego szefa? Jest czuły na tym punkcie. Walczę o awans.
Prostytutka: Kiedyś musiałam udawać, że jestem bliźniaczkami. Ale wtedy się napracowałam…
7/10
Nawet nie wiedziałem o takiej akcji! Będę musiał nadrobić te pięć odcinków.
Również czekam z niecierpliwością i życzę samych sukcesów :)
@ derik1984:
Usuń jedną z wypowiedzi. Dwie takie same chyba nie są potrzebne :)
I może jeszcze popraw błąd – "trohe"? Aż razi w oczy…
4/10 – Kilka luźnych myśli, obalających prawdziwość treści dokumentu i może nawet samego opętania:
1) Dlaczego w filmie Bodasińskiego występują same stare próchna? Matka Anneliesy ledwo mówi, a wypowiedzi księdza wieją chaotycznością. Same ogólniki, zero jakiś szczegółów, opisów. Chłopak opętanej, jak twierdzi narrator nie mógł stanąć przed kamerą, bo straciłby pozycję społeczną. Dobre sobie… A inni? Chyba w tym wydarzeniu nie brały udział zaledwie trzy osoby?
2) Brak żadnych nagrań wideo z egzorcyzmów. Null. Zero. Owszem kilka jest zdjęć, ale ich jakość dorównuje obrazkom z potworem z Loch Ness czy spodkom kosmicznym. Rozmazane, niewyraźne. Dziwne, że pod koniec lat ’70 nie znalazł się ktoś ciekawski by nakręcić te wydarzenia. Ciekawe…
3) Krystaliczność nagrań. W dokumencie słyszymy wypowiedzi demonów (m.in. upadłego księdza Valentina Fleischmanna czy Kaina). Przysłuchując się im mamy wrażenie, że do nagrania ich potrzebny był sztab dźwiękowców, bo każdy najmniejszy dźwięk słyszymy idealnie. Żadnych zakłóceń, szmerów, wszystko krystaliczne. Tak jakby nagrane w studio albo profesjonalnej pracowni.
4) Same wypowiedzi demonów (opuszczono chyba przy tym tylko Hitlera i Judasza). Razi tutaj ich monotonność. Ta sama tonacja głosu, mniej więcej te same odpowiedzi. Strasznie sztuczne.
Dokument obfitujący w patos, cukierkowatą narrację i wyniosłą muzykę Lorenca. Dla mnie żadna z tego rewelacja.
6/10 – Niesmaczny, przekraczający granicę dobrego smaku, głupawy, obraźliwy, a do tego szaleńczo śmieszny. Absurd goni absurd. Może i dowcip dowcipowi jest nierówny, ale przy kilku fragmentach filmu (kręcenie pornola rządzi! :) można było zwyczajnie się popłakać. Brawa należą się także Cohenowi. Nie wiem czy którykolwiek z aktorów komediowych miał tak dobrze opanowane umiejętności lingwistyczne, by poradzić sobie z tą rolą.
Ten sam poziom co "Borat".
5/10 – Andrzej Wajda w swojej karierze miał filmy udane, jak i spartolone na całej linii. "Pan Tadeusz" waha się między tymi przedziałami, bardziej jednak przystając do tych drugich. Najgorsze to brak równomiernego tempa. Jedne sceny dłużą się w nieskończoność, inne zaś wymagałyby pewnego dopowiedzenia czy uzupełnienia. Część z nim bym zwyczajnie wywalił i czas trwania filmu stał by się strawniejszy (147 min.? lekka przesada).
Jednak trzeba przyznać, że adaptacja ta jest wierna epopei Mickiewicza z ładnymi plenerami, kostiumami. Lipny jednak tu niestety montaż i Żebrowski. Ale i tak warto. Nawet dla łysych glac Olbrychskiego i Lindy!
6/10 – Bardzo przyjemna, ciepła komedia, którą darze malutkim sentymentem. Może i momentami kilka scen trąci o banał czy nawet czuć mdłości, ale jestem w stanie to przeboleć szczególnie dla wspaniałego zakończenia. Może następnym razem wepchnę film do ulubionych. Kto wie..
Nie mam pojęcia za co film ten zbiera tak dobre recenzje? Dla mnie to kolejna bajeczka miłosna, praktycznie niczym nie wyróżniająca się spod sterty podobnych filmów. Pozbawiona lekkości i humoru po jakimś czasie zaczyna poważnie nużyć widza.
Proszę czekać…