Sophie Marceau i Vincent Perez znowu razem. Momentami miałam wrażenie, jakby to była kontynuacja filmu "Fanfan". Spotykamy zakochaną parę po latach już jako małżeństwo i widać, że nie do końca się udało. "Żryj kanapkę, bo to ostatnia, którą ci zrobiłam!" I tak długo wytrzymała. Brawo. Ale ta przyjaźń męża i kochanka creepy. Zakończenie też jakieś takie…
Szczęście nigdy nie przychodzi samo – tym razem przyszło z dzieciakami. Główny bohater trochę jak Charlie Harper z "Dwóch i pół". Takie samo podejście do życia, pies na baby, od czasu do czasu jakiś dżingiel dla kasy, a potem bang – w życiu pojawia się kobieta, w której się zakochuje. Sophie Marceau jest tu po prostu genialna. Połączenie komedii do pochichrania się z filmem obyczajowym wyszło bardzo fajnie. Dawno już nie kibicowałam żadnej parze tak jak Sachy i Charlotte.
Ciekawy pomysł. Do końca nie było wiadomo czy to horror czy thriller z chorobą psychiczną w tle. Charakteryzacja & efekty specjalne przy "połączeniu" Marceau i Bellucci ciekawe w odbiorze. Jeden profil – Sophie, a drugi – Monica. Rozwiązanie w gruncie rzeczy idiotyczne. [SPOJLER] Dziewczyna w wypadku samochodowym traci przyjaciółkę i później zajmuje jej miejsce, a dorośli (jej rodzice, matka zmarłej) jak gdyby nigdy nic godzą się z tym. Nie przekonało mnie to. Szkoda, bo film miał swój klimat, a to zakończenie wszystko popsuło. Może lepiej było pójść w horror?
Sophie Marceau urocza. Główny bohater głupszy niż ustawa przewiduje – nie zaangażuje się, bo z upływem lat ogień gaśnie. Bo po 20 latach nie jest tak jak pierwszego dnia. Gdyby każdy miał takie podejście do związku, to na świecie byliby sami samotni ludzie. Aż chciałoby się rzec – facet ogarnij się. BTW "Wola kobiety, to wola Boga." 😏
Bardzo smutne wieści. Obok Franka Darabonta uważany powszechnie za najlepszego ekranizatora twórczości Stephena Kinga. "Misery" i "Stań przy mnie" to osobiście jedne z moich ulubionych filmów ever do których często powracam. Jego "Ludzi honoru" też uwielbiam. Chciałbym też wspomnieć mniej znany film z początków jego kariery reżyserskiej, czyli "Pewną sprawę" do którego również mam słabość. Jeden z ostatnich jego obrazów, czyli "Fałszywe powody" także przypadł mi do gustu. Cudowny twórca, wspaniały reżyser, jeden z nielicznych, z tego bardzo wąskiego grona, który potrafił przenieść, a właściwie przemycić prawdziwą magię kina do swoich filmów. Czuje się ją bardzo zwłaszcza w "Stand by Me".
"Lęk przed odejściem bez zaznania miłości jest większy, niż przed samą śmiercią." Innych ekranizacji "Anny Kareniny" nie oglądałam, więc nie mam porównania, ale ta mnie nie urzekła, nie wciągnęła (chociaż nie zniechęciła, żeby obejrzeć inne wersje). Było tak jakbym oglądała tę historię stojąc gdzieś z boku – zerkam, ale średnio mnie to rusza. Bardziej od wątku Anny i Wrońskiego interesował mnie ten z Kitty i Lewinem, a chyba nie o to chodziło.
Jakakolwiek relacja faceta wyglądającego jak David Spade z kobietą wyglądającą jak Sophie Marceau… Sorry, ale ciężko w to uwierzyć. Sama fabuła taka sobie – koleś porwał psa, a potem sobie z nim wszędzie łaził, żeby go jego właścicielka zobaczyła? I jeszcze to grzebanie w kupie… "Pobrudziłem się?" Fuj. Sophie Marceau urocza, chociaż wolałabym ją oglądać w czymś ambitniejszym jak już jesteśmy przy Hollywood.
"W kraju ślepców jednoocy cierpią. Nie trzeba patrzeć." Jak zwykle u Żuławskiego – albo człowiek potrafi się w to, co na ekranie wgryźć, albo nie i czuje, że ogląda chaos. Dla mnie to było za ciężkie, za głośne. Do gry aktorów nie mam zastrzeżeń, ale sama historia – tym razem nie moja bajka. Po seansie byłam psychicznie wykończona.
SPOJLER → Marceau i partnerujący jej Brasseur wcześniej zagrali ojca i córkę w "Prywatkach", przez co dziwnie mi się na nich patrzyło jako na małżeństwo starszego wypalonego faceta i młodej kobiety. Fabuła taka sobie. Do momentu zabójstwa snuli się wszyscy na ekranie bez ładu i składu. Znudzona mężem żona, mąż alkoholik, który w obronie własnej kogoś zabija. Ona robi wszystko, żeby ratować jego i ich małżeństwo. I finał sugerujący, że wystarczyła szczera rozmowa małżonków, żeby wszystko się ułożyło. Nie przemawia to do mnie. Muzyka przez ten saksofon trochę w klimacie "Betty Blue".
To w zasadzie powtórka z pierwszej części, tylko bohaterowie troszkę starsi. Klimat ten sam. Zośka w dalszym ciągu świetna. Nowe doświadczenia, nowe znajomości. A u dorosłych… "Małżeństwo to sztuka unikania problemów, których nie było przed ślubem." Odkrywcze. 😏
Proszę czekać…