Znowu Herb. Znowu Lyndsey. Lyndsey znowu nie pije. Herb znowu leci na Lyndsey. Alan znowu jak pies ogrodnika. Tylko czekałam, kiedy Lyndsey znowu się upije. Na szczęście obyło się bez tego.
Trzech króli wolę z "Żywotu Briana". Pierwszy świąteczny odcinek, który mi się średnio podobał. I dlaczego Walden, który jest milionerem SAM skręca rowerek, zamiast kupić już gotowy?
Nudy z Louisem ciąg dalszy. Waldenowi tak bardzo "zależy" na adoptowanym synku, że demaskuje się przed pierwszą lepszą babką w pięć sekund… To już Alan udający bohaterkę "Seksu w wielkim mieście" lepiej wypadł.
Louis miał zastąpić w serialu Jake’a, ale niestety nie udało się. Angus T. Jones jako mały Jake był zabawny, ten drugi chłopczyk nie ma w sobie tego uroku.
Louis to uroczy chłopczyk, ale jakoś mi nie pasuje do obsady na dłużej. To mógłby być niezły wątek na maksymalnie kilka odcinków, ale nie do końca sezonu. No, ale zobaczymy jak to się ułoży.
Szopki z adopcją dziecka ciąg dalszy. Zieeew. Nawet pojawienie się starych, fajnych postaci (m.in. Herba) nie uratowało odcinka. Końcówka przewidująca.
Ledwo Alan i Walden się pobrali, a Fiflak już zaczyna kombinować i korzystać z finansowych zasobów męża. Wątek z chytrym Alanem nudzi jak diabli. Pomysł z Lyndsey, która po raz kolejny chce wrócić do Alana idiotyczny.
Walden chce się ożenić z Alanem, żeby adoptować dziecko. Jeden z najgłupszych wątków wszystkich sezonów. Wchodzić w małżeństwo z taką finansową hieną (obojętnie z jakiego powodu). BTW Dziwne, że Walden nigdy nie słyszał o surogatkach.
"Dziewczyna w różowej sukience", czyli Alan jako Duckie… Wolę Ferrisa Buelerra. Odcinek w takim klimacie już był, tylko z Charliem – Alan nie martwi się, że straci kogoś bliskiego, tylko martwi się, że straci dach nad głową. Nic nowego.
Larry jest głupszy, niż ustawa przewiduje. Z kolei Alan znalazł bratnią duszę. Finansowo pasują do siebie jak ulał… a może jednak nie. Tak sobie jak na zakończenie 11. sezonu.
Proszę czekać…