W Tokio dochodzi do kilku niewytłumaczonych samobójstw w dziwnych okolicznościach. Kudo Michi (pracująca w hurtowni kwiatów) widzi swojego zmarłego przyjaciela pod postacią cienia na ścianie. Innemu mieszkańcowi Tokio Kawashimie Ryosukemu (studentowi ekonomii) komputer sam się uruchamia i pokazuje obrazy duchów. Później Kawashi odbiera telefon i w słuchawce słyszy jak ktoś mówi „Pomóż mi". Cortina
Pozostałe
Kairo postanowiłem obejrzeć, bo już kilka razy natknąłem się w sieci na info, że w filmie jest jedna z najstraszniejszych (a czasem i najstraszniejsza!) scen w horrorach ever (scena z idącym duchem około 28. minuty). Ile w tym prawdy, jest kwestią mocno subiektywną, ale moim zdaniem absolutnie nie (choć fakt faktem scena jest mocno niepokojąca, bo dolina niesamowitości silnie się udziela). I ogólnie jako typowy film grozy Kairo jest… kiepskie. Postaci krzątają się to tu, to tam, zachowują się irracjonalnie, prowadzą sztuczne dialogi, ogólnie widz co chwilę zastanawia się, o co w tym wszystkim biega, bo film usilnie stara się niczego nie tłumaczyć. Kairo (z japońskiego "obwód elektryczny"; polski tytuł dodatkowo utrudnia ogarnięcie, o co biega) to kino skupione na niepodanym wprost przekazie, o samotności, ludzkiej izolacji… o czym doczytałem już po seansie i wtedy faktycznie nabrało to artystycznego sensu. Ale całość jest moim zdaniem aż do przesady enigmatyczna (jak to stety niestety w japońskich horrorach często bywa). Osobiście preferuję jednak, jak film oprócz drugiego dna, które może skłonić do refleksji, ma też ciekawą powierzchnię. Tutaj tak nie jest, ale nie odmówię Kairo klimatu, zbudowanego chyba głównie za sprawą kręcenia jakimś leciwym sprzętem.