Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka 7.0

Opowieść o Borowczyku snują osoby z najbliższego otoczenia reżysera i wielkie postacie kina zainspirowane jego twórczością, wśród których są: Terry Gilliam, Bertrand Bonell, Neil Jordan, Andrzej Wajda, Patrice Leconte i Slavoj Žižek. Jest to dokument o człowieku wyprzedzającym swoją wizją artystyczną czasy, w których tworzył. Ten poruszający obraz przybliża widzom nie tylko historię twórczości samego Waleriana Borowczyka, ale również porusza temat artystycznej wolności. Ta swoista kronika artystyczna reżysera przybliża fenomen jego filozofii działania i dokonań twórczych. Zadaje pytanie, jak to się stało, że doceniany artysta, którego filmy pokazywane były w konkursie w Cannes, z czasem zaczął być postrzegany jako twórca wyłącznie erotyczny,

Recenzje

Love Express to filmoznawcza analiza, a nie podróż do subiektywnej krainy pustych owacji na stojąco. 7
  • 2018-11-06
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Kuba Mikurda zaprasza widzów do szczegółowego portretu życia i twórczości Waleriana Borowczyka. Love Express nie jest wyłącznie kinem dokumentalno-biograficznym, skupionym na filmach polskiego twórcy, mieszkającego i realizującego je na obczyźnie. To bardziej wiwisekcja branży filmowej i próba znalezienia odpowiedzi na częste pytanie przy pomocy synekdochy. Czy jest jeszcze miejsce dla niezależnego autora w medium kinematografii?

Sceptycy zauważają, że we współczesnej branży filmowej najbardziej „znanym-nieznanym” aktorem jest Jacek Braciak (trzymam kciuki, by po premierze Córki trenera sytuacja odwróciła się – film spoczywa na jego barkach, nie ślimacząc się ani na moment; również Kler może dużo zdziałać w sprawie popularności aktora). Gdyby podobną łatkę przekuć na poczet rodzimych reżyserów, z pewnością zostałby nią opatrzony Walerian Borowczyk. W kraju nieznany – doceniany (do pewnego momentu) za granicą. Doceniany? Ba! Jego nazwisko pojawiało się w nagłówkach obcojęzycznej prasy kulturalnej obok największych autorów: Felliniego czy Kazana. Niestety, tam gdzie niezależność oraz awangarda trafia na oczy i usta całego świata, tam też pojawiają się śliskie łapy producentów. Pułapka tłustych czeków proponowanych przez wielkie wytwórnie jest niemal nie do uniknięcia.

Love Express przedstawia bardzo smutną historię wielkiego autora, który w latach 50. ubiegłego stulecia zmienił oblicze światowej animacji eksperymentalnej. Dom z 1958 roku okazał się awangardową rewolucją, pozwalającą reżyserowi przenieść się z socjalistycznej Polski na wyzwolony Zachód – do Francji. Kino pełnometrażowe Borowczyka, realizowane kilka lat po kolejnych głośnych animacjach, nie szło na żadne kompromisy. Było odważne formalnie i merytorycznie, odporne na skandal i opatrzone niewerbalną komunikacją artystyczną rodem z kina Alejandro Jodorowsky'ego. Wszystko do czasu: powstała w 1975 roku Bestia okazała się pierwszą poważną wpadką polskiego twórcy, powodując efekt domina – camp, znany z wcześniejszych tytułów, tutaj okazał się wyjątkowo ciężkostrawny i wpędził autora w erotyczny róg. Późniejsze filmy jeszcze bardziej zamknęły Borowczyka w szufladce kina erotycznego na skraju pornografii – wytwórnie z kolei związały jego artystyczne ręce, wedle własnego uznania tnąc i sprzedając kolejne tytuły. Skończył źle: za sterami tasiemcowego cyklu Emmanuelle.

Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka to kino wygrane z kilku powodów. Sam twórca, Kuba Mikurda, przyznaje w wywiadach, że zamierzał zrealizować „intelektualne kino akcji”. Czy mu się udało? Oczywiście! Dynamiczna narracja przypomina tę podjętą w licznych dokumentach oryginalnych z Netflixa. Gadające głowy mieszają się z archiwalnymi nagraniami oraz przebitkami filmów Waleriana Borowczyka. Mikurda czasem podejmuje się nawet konwencji dokumentu kreacyjnego (choć te fragmenty najbardziej kontrastują z podjętą stylistyką całości – jak tłumaczy twórca, zostały zrealizowane, by ocalić niewyraźne materiały audiowizualne rejestrowane w niekorzystnych warunkach i na słabym sprzęcie). Chodzi mi o sceny skąpane zielenią w mrocznych korytarzach.

Wśród gadających głów możemy zobaczyć największe sławy światowej kinematografii oraz kultury: m.in. Andrzeja Wajdę, Davida Thomsona, Slavoja Žižeka i Terry'ego Gilliama. Zwłaszcza symptomatyczny wydaje się udział ostatniego ze wspomnianych praktyków i teoretyków. Biografię Gilliama można porównać do życia Borowczyka. Obaj panowie zaczynali jako twórcy awangardowej animacji. Wpływy Domu czy Astronautów można zauważyć w stylistyce Gilliama – nawet w krótkich scenach kolażowych, realizowanych na potrzeby Latającego cyrku Monty Pythona czy innych produkcji słynnej formacji. Przedmioty w nich zawarte ulegają nieustannej transformacji skąpanej w cynicznym absurdzie twórcy. Z drugiej strony freudowski proces penetracji jest obecny zarówno w animowanych twórczościach Gilliama i Borowczyka – podjęte postacie i przedmioty wchodzą ze sobą w nieustanną interakcję, kurczą się i powiększają, wchłaniają siebie nawzajem i przenikając się w komunikacjach „do wewnątrz” i „na zewnątrz”. Gilliam doskonale zdaje sobie również sprawę jak bezlitosny bywa półświatek filmowy dla artystów nonkomformistycznych, posiadających rozpoznawalny styl i nieszablonową wyobraźnię. Pitching kolejnych projektów Gilliama stanowił nieustanną walkę z producentami (z wiatrakami) o każdego centa. Twórca nie był mile widziany w tym środowisku, gdyż wszystkie jego filmy – pomimo bezwzględnego statusu kultowości – wpędzały wytwórnię w poważne długi.

Ciekawe wydaje się również wykorzystanie chwytów utożsamianych z medium YouTube'a. Mikurda pokazuje kolejnym gadającym głowom fragmenty filmów i animacji Borowczyka, nie spuszczając z nich oka kamery. Tym samym obserwuje ich spontaniczną reakcję na bardziej szokujące sceny – nie muszę chyba wspomnieć, że najbardziej rozczula niezastąpiona nadekspresja mimiki Terry'ego Gilliama.

Pomimo stosunkowo krótkiego metrażu (72 minuty) Mikurdzie udaje się zawrzeć w podjętej narracji liczne konteksty i odwołania, związane z twórczością Borowczyka. Obok prostego badania opinii społecznej na temat kolejnych – bądź co bądź skandalizujących – filmów, twórca dywaguje nad moralnością polskiego reżysera w portretowaniu kobiecego ciała oraz seksualności. Ile było w nim męskiego oka? Jak czuły się rejestrowane kobiety? Spokojnie: obyło się bez #MeToo. Podobna wiwisekcja filmów sprzed kilku dekad wydaje się ciekawa zwłaszcza ze współczesnej perspektywy, gdy pewne dyskursy uległy transformacji i przeobrażeniu. Z drugiej strony nietuzinkowe wydaje się szukanie granicy między kinem erotycznym, soft porn, a rasową pornografią dla zaspokojenia męskich potrzeb. Każda z tych łatek została przypisana Borowczykowi na przestrzeni ostatnich dekad. Mikurda – przy pomocy nagrań archiwalnych – dopuszcza do głosu również samego twórcę, pozwalając mu przedstawić własne stanowisko w sprawie podjętych zastrzeżeń i kontrowersji.

Kuba Mikurda nie omawia każdego filmu Borowczyka (żeby tego dokonać, Love Express powinien posiadać formułę wielosezonowego serialu) – skupia się na najważniejszych, najbardziej przełomowych tytułach w twórczości przedstawionego autora. Jest jasny i klarowny, przy tym błyskotliwy i inteligentny. Niedoceniony w Polsce Borowczyk doczekał się po śmierci godnego filmu, uczciwie podchodzącego do postaci reżysera i scenarzysty. Co najważniejsze: Mikurda odszedł od bardzo zachodniej konwencji, w której podobne dokumenty transformują się w torcik z lukrową posypką dla (często nieżyjącego) podmiotu podjętej narracji. Love Express to filmoznawcza analiza, a nie podróż do subiektywnej krainy pustych owacji na stojąco.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie