@dawidek98
W pełni podzielam tą opinię. Napiszę jeszcze, że stara wersja "Quo vadis?" idealnie wytrzymuje próbę czasu i jest w stanie zainteresować kolejne pokolenia widzów muzyką, efektami wizualnymi, aktorstwem, kostiumami oraz niesamowitą scenografią. Na scenie pożaru Rzymu aż za głowę się łapałem, tak ogromne wrażenie na mnie to wywarło.
Ale skupiono się na miłości Ligii i Marka Winicjusza ze smakiem, bo w polskiej wersji zrobiono to źle i nieumiejętnie. Scena pożaru Rzymu tak samo – to tak, jakby płonęła chata drwala lub obora wypełniona krowami. Co za bublowaty film!
Czytałem książkę i ekranizacja nieco gorsza, ale i tak może się równać z Henrykiem Sienkiewiczem, w przeciwieństwie do badziewia z 2001 roku. Lista skarg i zażaleń do polskiej wersji właściwie nigdy się nie kończy.
Dokładnie, bo wersja z 2001 roku nie mówi kompletnie nic interesującego. Nie sprawdza się nawet do puszczania w szkołach na lekcjach języka polskiego. Obrzydliwe kino, którego wolałbym już nigdy nie oglądać i autentycznie do dziś żałuję tych straconych godzin przed ekranem telewizora.
Wyśmienity film historyczny, naprawdę. Henryk Sienkiewicz byłby bardzo dumny z Mervina LeRoy’a, że tak wiernie przeniósł powieść na ekrany kin. W przeciwieństwie do Jerzego Kawalerowicza, który nakręcił amatorkę, syf i gówno w jednym. Scena pożaru Rzymu do dzisiaj wygląda w starej wersji efektownie, zapewnienia Nerona (w tej roli fenomenalny Peter Ustinov), że to chrześcijanie zrobili legendarne. Sceny audiencyjne czy walki gladiatorów na arenie z lwami to był standard w starożytnym Rzymie. Elizabeth Taylor w swojej epizodycznej roli równie wybitna. Deborah Kerr jako Ligia nieporównywalnie lepsza od Magdaleny Mielcarz, Michał Bajor przy Ustinovie to bracia Mroczek, a rolę Marka Winicjusza w polskiej wersji mógł równie dobrze zagrać członek ekipy Big Brothera (tak samo "wiarygodnie" by wypadł jak Paweł Deląg) – Robert Taylor też jak na swoje możliwości czadowo zagrał. Miklos Rozsa skomponował wybitną muzykę, fajnie że kiedyś dodawali uwertury na początku i długi napis "koniec" w ostatnim momencie filmu, żeby ludzie się napawali dziełami sztuki, jakie przynosiła im branża kinowa. 8/10
"W pustyni i w puszczy" też pod każdym względem gorsze od wersji z 1973 roku. Tamten film powinien się nazywać "W zagajniku i piaskownicy".
Mieszane odczucia. Miejscami film jest nieco niedorzeczny, jednakże dodatkowy plus dla Harrisona Forda.
Michael Douglas tym właśnie filmem wszedł do panteonu największych sław aktorskich, którzy to nieraz i nie dwa dali największy popis swoich umiejętności w tym zawodzie. Genevieve Bujold jako doktor Susan Wheeler badająca pacjentów z wszelkimi możliwymi odmianami śpiączki też wypadła wiarygodnie. Ci dwaj zagrali najlepiej w całym filmie. Muzyka skomponowana przez Jerry’ego Goldsmitha jest całkiem dobra, ale bardzo skromna emocjonalnie, przez co człowiek nie jest w stanie jej porządnie zanucić. Tematyka jest bardzo aktualna – uśmiercanie pacjentów wbrew chęci ich samych oraz rodzin. Mafia medyczna ostatnio działa najlepiej w swojej historii istnienia. Film "Śpiączka" daje dużo do myślenia i zawsze trzeba się mieć na baczności, bo nigdy nie wiadomo ile człowiek będzie tak naprawdę przebywał w szpitalu. 8/10
Do żadnej części "Terminatora" tak chętnie nie wracam, jak właśnie do jedynki i dwójki. Piszę to absolutnie poważnie.
Mój tata za to był na pierwszym "Terminatorze" w kinie, jak jeszcze trwał w stanie kawalerskim. Przebywał wtedy w wojsku.
Proszę czekać…