@dawidek98
Robert De Niro i Jean Reno stworzyli rewelacyjną parę najemników, którymi można śmiało nazwać europejskimi Vincent Vega i Jules Winnfield. Nawet pytanie końcowe niejako nawiązuje do arcydzieła Quentina Tarantino z 1994 roku, wtajemniczeni będą wiedzieli o co mi chodzi. Sean Bean o dziwo przeżywa jako Spence, dobrze gra. Natascha McElhone wypada aktorsko tak sobie, ale za to rekompensują trzy sceny, których to nigdy nie zapomnę: zwiedzanie rzymskiego Koloseum i podejrzenia jednego z turystów o łapówkarstwo, kultowy pościg samochodowy ulicami Paryża i jazda niewłaściwą drogą dla pojazdów, a także pokaz łyżwiarstwa figurowego kończący się tragedią łyżwiarki oraz zastrzelenia operatorów telewizyjnych przez co widzowie są zmuszeni opuścić halę widowiskową, aby tylko pozostać przy życiu. Gorąco polecam "Ronina", jeżeli jeszcze ktoś jakimś cudem nie widział. 8/10
Dla mnie najlepszą sceną pościgową w historii kina jest ta z "Blues Brothers" Johna Landisa.
W pełni podzielam Twoją opinię. Dla mnie też "Ronin" to fajny film, nawet bardzo.
Bardzo dobry horror, który jest jednocześnie pierwszym filmem w historii kina opowiadającym o niepełnosprawności. I choćby z tego powodu należy mu się ogromny szacunek.
Jestem ogromnym fanem kina lat trzydziestych XX wieku, także nie mogłem sobie odpuścić obejrzenia tej cudowności spod ręki Todda Browninga. Najbardziej mnie uderzyła kreacja Beli Lugosiego tytułowego bohatera, a nawet polski akcent, kiedy to dziewczynka handlująca kwiatami nawołuje ludzi: "Kwiatki pachnące!" – nie macie żadnych omamów, użytkownicy, ja też to samo słyszałem. Bardzo mi się podobała też kreacja Edwarda Van Sloana jako profesora Van Helsinga, a nawet aktorzy grający małżeństwo Harkerów: Helen Chandler i David Manners. Uważam, że to dobrze iż książę Dracula, największy ze wszystkich wampirów jakie kiedykolwiek istniały na Ziemi dotrwał aż do dzisiejszych czasów – ale najbardziej lubię wersję Francisa Forda Coppoli z 1992 roku z muzyką Wojciecha Kilara i kreacjami tak wybitnych osobowości brytyjskiego kina jak Keanu Reeves, Winona Ryder, Gary Oldman czy Anthony Hopkins. 8/10
Absolutnie nieudany serial. W ogóle mnie nie zaangażował, usypiałem jak cholera na nim podczas jego oglądania. Można było naprawdę odpowiednio dopracować tego typu produkcję – mi się nigdy "Kompania braci" nie podobała i koniec.
Niekoniecznie.
John Harrison wziął się za ekranizację "Diuny" o niebo lepiej niż David Lynch czy Denis Villeneuve. U niego nie ma nudziarstwa czy prawie trzygodzinnych rozmów o religii czy wierze w Boga, tylko ukazane życie rodziny Atrydów, zakonu Bene Gesserit czy samych Fremenów. A gra aktorska wyśmienita – William Hurt jako książę Leto Atryda fenomenalny (dziwię się, że tak nisko ocenili jego grę aktorską, pewnie na ślepo wystawiali mu niskie noty), a Alec Newman w roli Paula Atrydy wypadł o niebo lepiej niż Timothee Chalamet czy Kyle MacLachlan. Tak samo Chani – Barbora Kodetova dużo fajniej zagrała ukochaną Paula Atrydy, aniżeli Zendaya czy Sean Young. Bardzo dopracowany miniserial, tylko niestety nie wszyscy to dostrzegli. 10/10
A mi bardziej od wersji Lyncha i Villeneuve’a. Osobiście uważam "Diunę" z 2000 roku za najlepszy film telewizyjny science-fiction, jaki kiedykolwiek nakręcono.
Prawdziwa porażka to filmy Denisa Villeneuve’a.
Proszę czekać…