Zrobią, bo książka ma kilka części :)
Nie wygląda to jakoś szczególnie tragicznie, ale absolutnie nie jestem grupą docelową tego filmu.
> Beznickowy o 2014-07-23 21:28 napisał:
> Dzisiaj kastruje się świat
> rzeczywisty po to, aby stworzyć jakieś uproszczone dystopie.
Bardzo celna uwaga, zapamiętam dla potrzeb różnych dyskusji :)
Świetny plakat.
Przecież film ma już nawet datę premiery- 2 października 2015 roku. Aktorzy i scenarzyści ci sami, nie wiadomo co z Foquą, fabuła też jest już w miarę znana (wstaw Londyn do fabuły poprzednika hehe).
3/10 – No to zacznijmy od plusów:
+ dobry, może nawet bardzo dobry Dane DeHaan, wbrew scenariuszowi, wbrew fryzurze, wbrew wszystkiemu temu co wyczynia się wokół niego na ekranie tworzy swoją najlepszą i zarazem inną od dotychczasowych kreację. To nie jest małoletni psychopata z Kroniki, wystraszony chłopaczek z Lawless, nie jest to nawet jak chcieliby Kurtzman z Orcim i fryzjerka rozpuszczony 20-latek przeniesiony z brazylijskich jachtów pełnych modelek do Nowego Yorku. Uwierzyłem mu w każdym momencie, uwierzyłem w tą postać i jej motywację, jako Goblin młody aktor osiąga to co nie udało się staremu wydze Willemowi, nie popada w śmieszność i błazenadę a jednocześnie jest psychopatycznym, zielonym stworem. Paradoks. Szkoda, że Goblina jest tak mało
+ po raz pierwszy polubiłem Spider-Garfielda, ma wiele żenujących dialogów zarówno służbowo jak i w cywilu, kilka niezrozumiałych akcji w stylu "giną ludzie, walą się wieżowce, ale nałożę sobie jeszcze kask strażaka walcząc z niebieskim pajacem", ale odebrano mu większość irytujących, bucowatych zachowań z pierwszej części, zamiast wiecznych kłótni wsadzono w usta komediowe sprzeczki
+ niczym nie zaskakujące Emma Stone i Sally Field, ale w sumie mogę je podciągnąć do plusów.
Minusy:
- fatalna, rwana reżyseria i scenariusz, szczególnie w pierwszej połowie żadna ze scen nie otrzymuje odpowiedniej ilości czasu, nie wybrzmiewa w odpowiedni sposób, film pędzi na złamanie karku chociaż nic niezwykłego się w nim nie dzieje
- jestem w stanie uwierzyć, że Webb miał niewiele do gadania przy tym filmie, że to produkt słupków od panów z wytwórni, którzy 2 lata temu chcieli zrobić coś na fali sukcesu Mrocznego Rycerza, a obecnie na fali radosnego i kolorowego Avengers. Ale nie mogę wybaczyć tak fatalnego dobrania piosenek twórcy 500 Days of Summer, jak ma się do obrazu choćby jakiś utwór z "For You" w refrenie pasujący do zakupów w Housie, a nie do sceny w której Peter próbuje uporządkować sprawy z rodzicami.
- umieszczenie w jednym filmie dwóch nic nie obchodzących widza spraw z katastrofą samolotu to naprawdę spore osiągnięcie
- mega fatalny Jamie Foxx, tak już się dzisiaj nie gra łotrów, tak się już ich nie pisze. Sam film nie może się zdecydować czy opóźniony w rozwoju Max ma budzić strach, śmiech, politowanie czy współczucie, jeśli scenarzyści uznali, że wszystko naraz, bo w ten sposób pogłębią postać to ponieśli jeszcze większą porażkę niż im się wydaje
- Paul Giamatti- za krótko żeby w pełni ocenić, ale za długo aby można było przejść obojętnie. Mam nadzieję, że on i Foxx zostaną docenieni na malinowej gali.
- wiele mniejszych lub większych głupot, trzeba byłoby siedzieć z notesem aby wymienić je wszystkie, przykładowo skoro na początku pokonano Electro w tak banalny sposób, to dlaczego nie spróbowano tego już nigdy więcej?
- okropne wstawki humorystyczne. Wygląda to tak jakby ktoś naczytał się w internecie, że kicz Raimiego jest fajny, ale kompletnie go nie zrozumiał. U niego kicz objawia się w przyjętej od ponad 30 lat stylistyce tworzenia kadrów i pracy kamery, natomiast postacie w Spider-Manach Sama są traktowane raczej poważnie, chociaż z pewnymi uproszczeniami charakterystycznymi przy młodym odbiorcy (choćby niesławne macki gmerające w głowie Octopusa czy kazania ciotki May), humor zaś wynika z typowo ludzkich słabości (fajtłapowatość Parkera, narcyzm Jamesona). Webb tworzy dla potrzeb humoru i młodego odbiorcy postaci całkowicie karykaturalne, złożone z najbardziej wyświechtanych stereotypów, a przez to kompletnie papierowe. Owocem tych nieudanych eksperymentów z kiczem są Max Dillon i przede wszystkim dr Kafka, absurdalnie nieudana postać stereotypowego niemieckiego naukowca, tworzącego w czasach nazizmu. Przypomina on tego doktorka który pomagał Trującemu Bluszczowi w pewnym niesławnym filmie.
Zresztą przez większą część seansu nie opuszczało mnie wrażenie, że jeszcze tylko dwa-trzy kroki i będzie Batman i Robin. Nie było wcale tak daleko.
Miała fabułę. Przepisaną ze scenariusza Dredda który wyciekł do sieci :)
1/10 – Kompletny koszmar. Stężenie absurdalnie powstawianej przemocy i fucków czyni ten film zupełnie nieoglądalnym. To obraz w którym gdyby ktoś skaleczył się w palec to krwi byłoby tyle ile w scenie z kosiarką w Martwicy Mózgu, gdyby pokazano ślub to przysięga małżeńska zawierałaby 353 fucki i dwa dicki. Wszystko bardzo szybko zmierza w kierunku autoparodii, bo bohaterowie są tak papierowo, karykaturalnie twardzi, że aż śmieszni.
W ślad za tym idzie tandeta realizacyjna, właściwie dobitniejszym stwierdzeniem byłaby realizacyjna sraczka. Operator i montażysta dzielą ADHD, pełno tutaj wstawionych od czapy wizualnych pomysłów w stylu kamery na końcu lufy pistoletu, które pojawiają się równie szybko co znikają, zostawiając widza z wątpliwościami czy film nie jest czasem dziełem jakiejś grupy stażystów Ayera przerzucających się pomysłami. Dochodzą do tego ciasne, brzydkie, cyfrowo tanie, pozbawione pomysłu kadry.
Zwrotów akcji nawet lepiej nie komentować, wraca tutaj sprawa grupki stażystów, bo nie są one zbytnio oparte na wcześniejszych wydarzeniach, przez co raczej nie angażują widza. Absurd finałowego twistu fabularnego zostaje dopełniony poprzez scenę tajemniczego zniknięcia i sekwencję rozmowy na komisariacie które są żywcem wyjęte z filmów z Lesliem Nielsenem.
Stanowcze 1/10, najgorszy film jaki widziałem od dobrych paru miesięcy.
3/10 – Słabiutki scenariusz który potrafi na wiele, wiele minut porzucić główny wątek tego nadmiernie rozciągniętego filmu. Mało emocjonujące pościgi aranżowane są z gracją słonia, przykładowo: Aaron Paul warczy silnikiem pod korporacyjnym biurowcem w którym pracuje jego kumpel, podjeżdża policjant i każe mu przestać. Ta dam, zaczynają się ścigać! Pinkman i Imogen Poots starają się ratować tego wymęczonego produkcyjniaka, ale w staraniach nie pomagają im fatalne dialogi, i wymęczone gagi ich współtowarzyszy.
A tak przy okazji, może coś przeoczyłem, ale w jaki w ogóle sposób Michael Keaton obserwował trasę wyścigu? Przecież wymagałoby to rozstawienia dziesiątek kamer, a film, dyskretnie przemilcza tą kwestię. Zresztą Batman nawet nie miał ani jednej sceny z kimkolwiek z obsady, pewnie nawet się nie spocił na planie tego dzieła.
7/10 – Czy Wirkola zawstydził Tromę? Widziałem tylko Toksycznego Mściciela, ale podejrzewam, że tak. Jucha czarnego humoru chlapie na dosłownie wszystkich, norweski twórca nie uznaje żadnych świętości i w paru momentach jednak przegina (scena z matkami z wózkami to było już jednak dla mnie za dużo), przez większą część filmu udaje mu się jednak utrzymać nastrój absurdalnego horroru komediowego z lat 80-tych. Można także dojrzeć liczne nawiązanie do trylogii Martwego zła, Reanimatora, czy Gwiezdnych Wojen.
Szkoda, że finałowa bitwa dwóch armii zombie została rozegrana w warunkach tak mocno pozbawionych klimatu, nie wiem co przekonało Wirkolę aby filmować ją w pełnym słońcu. Za to do historii kina grozy może przejść hardkorowe ostatnie 5 minut, niby podobne do finału pewnego innego znanego horroru, ale użyta w tle piosenka nadaje niesamowity, kiczowaty posmak. "Total Eclipse of the Heart" już nigdy nie będzie takie same…
W filmie obecna jest modna także w tym sezonie scena po napisach!
Proszę czekać…