7/10 – Podczas, gdy popkultura kreuje wizerunek o wyzwoleniu seksualnym społeczeństwa, łamie tabu na temat seksu, McQueen po raz kolejny, po "Głodzie", łączy siły z Michaelem Fassbenderem, tworząc mocny film o zniewoleniu człowieka, wyzbyciu się uczuć i coraz większych trudności w nawiązywaniu relacji i okazywaniu uczyć.
Obraz rozpoczyna się od serii monotonnych obrazków z poranków głównego bohatera, Brandona. Już przy początkowych ujęciach zauważamy, że będziemy mieli do czynienia z postacią wypaloną, rozczarowaną i znudzoną własną egzystencją. Główny bohater wytworzył coś na wzór parasolu ochronnego, na który składają się jego wizyty na portalach pornograficznych, spotkania z prostytutkami i masturbacja (która w filmie sprowadzona jest niemalże do rutyny – bohater w czasie pracy udaje się do toalety, starannie wyciera papierem deskę klozetową i zaczyna codzienną czynność), który stwarza mu mylne uczucie bezpieczeństwa i prawdopodobnie szczęścia. Ta skostniała struktura zaczyna pękać, kiedy w jego mieszkaniu zjawia się jego siostra, grana przez Carey Mulligan.
Pod wpływem Sissy zaczynać marność swojego życia, jego schematyczność i autodestrukcyjność. Kiedy jego siostra zaczyna romans z jego szefem, bohater czuje dyskomfort nie tylko z oczywistego powodu, ale także dlatego, że zaczyna widzieć w niej swoje lustrzane odbicie. Jednak konstrukcja postaci granej przez Mulligan uważam za najsłabszy punkt filmu. Za mało wyraziście nakreślono jej relację z bratem, użyto zbyt wielu ogólników. Przykładem mogą być przynajmniej dwie sceny, w których oboje rozmawiają w totalnym negliżu. Czy coś między nimi kiedykolwiek do czegoś doszło? Na to i wiele innych pytań, niestety McQueen nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi.
Michael Fassbender został słusznie doceniony, a jego brak nominacji do Oscara słusznie opłakiwany. Stworzył wiarygodny wizerunek współczesnego Everymana, opanowanego chęcią zaspokajania własnych potrzeb. Szczególnie podobał mi się motyw z jego randki z jego koleżanką z pracy i to, że mimo kobieta pociągała go, nie potrafił odwzajemnić jej uczuć. W następnej jednak scenie obserwujemy go przez kilka ujęć, uprawiającego seks z prostytutką. Kulminacją wydarzeń jest niepokojąca scena zbliżenia Brandona z innym mężczyzną. Reżyser wplątując w fabułę ten wątek, akcentuje mocno potrzebę akceptacji, szukania zrozumienia i przełamywania różnych tabów panujących wśród ludzi.
Dobry film, o kondycji obecnego społeczeństwa, pochłoniętego manią konsumpcjonizmu, nieradzenia sobie z relacjami. Warto obejrzeć.
8+/10 – To pierwszy film od dawna, który zainteresował mnie, ujął maksymalnie już od pierwszych scen. Dlatego też nie rozumiem pojawiających się zarzutów o flegmatyczność w prowadzeniu akcji, czy o zwykłą nudę.
Film rozpoczyna się mocnym ogłuszeniem widza. Obserwujemy w pierwszych ujęciach zdezorientowanego pacjenta, a raczej nie jego, tylko widok z jego perspektywy, szybki oddech, zdezorientowanie. Reżyser już od pierwszych chwil takimi prostymi zabiegami chce, byśmy zaangażowali się w pełni akcję dramatu. Gdy po chwili wydaje się, że poszkodowany i lekarz nawiązali kontakt, film brutalnie rozmywa ten szczęśliwy zbieg. Osobiście siedziałem jak na szpilkach, kiedy np. lekarze zaszywali oko bohaterowi, mimo jego sprzeciwu, którego nikt jednak nie mógł usłyszeć.
To co przede wszystkim podobało mi się w filmie to brak jednostronnego postawienia racji. Główny bohater, Jean-Dominique pragnie śmierci w kilku scenach, jednak już w następnych wygłasza wewnętrzne monologi o tym, że jego wyobraźnia i umysł zostały nietknięte i tym samym jest wolny. Tak więc, nie mamy do czynienia z sytuacją, w której film stara nam się wpoić jakieś wartości czy przedstawić własne spojrzenie na jakiś temat, tu: eutanazji.
Każda z płaszczyzn filmu, poczynając od retrospekcji, monologach bohatera, kończąc na właściwej akcji logicznie się uzupełniają i stanowią piękny obraz dramatu człowieka, który uczy się radzić sobie z obecnym stanem. Do tego całość oprawiona przepiękną muzyką, nastrojowymi zdjęciami i wiarygodnymi kreacjami aktorskimi.
"Motyl i skafander" to wzruszająca pochwała życia, uczuć, emocji, podróży, wzruszeń estetycznych, w końcu o podjęciu walki. Nie wypada nie znać.
> decepticon o 2012-03-19 18:43 napisał:
> 5000 pkt za 1 gwiadkę, to dużo, ale raczej łatwo tu dodaje się materiały,
> jeszcze muszę opanować tylko obsady bo troszkę macie zakręcony system :)
> Ale reszta całkiem fajna.
No widzisz, tylko że z łbami na filmwebie jest ten problem, że po uzyskaniu trzeciego traci się ochotę dodawania, a u nas ten górny próg wynosi aż 120k punktów :)
Chodzi o 20 lipca. Błąd mi się wkradł w newsa. Już poprawione.
Mnie zastanawia czy postawienie na tych banerach dwóch bohaterów koło siebie jest aby nieprzypadkowe. Kapitan Ameryka walczy z Thorem na zwiastunie, a przynajmniej jest jedna taka migawka, a na wielu zdjęciach z planu Czarną wdowę można było zobaczyć często u boku Rennera.
"Cheyenne’a" na pewno obowiązkowo zobaczę, jednak z tego weekendu największą niewiadomą pozostaje dla mnie "Kupiliśmy Zoo". Ze zwiastunów pachnie to ckliwą komedią familijną, z drugiej strony Crowe to wyreżyserował, więc może jest nadzieja na coś więcej.
Osoba reżysera na to wskazuje, jednak mam nadzieję, że film i sam Depp pójdą w konwencję "Truposza", choć z drugiej strony jakby nie patrzeć, bo przy takim budżecie (i to jeszcze wywalczonym ze studiem) na senną atmosferę i szczątkową akcję się nie zanosi. Producenci będą trzymali rękę pewnie na pulsie, bo już jedna adaptacja Lone Rangera okazała się totalną klapą (finansową i artystyczną – Złote Maliny, koniec kariery dla pierwszoplanowego aktora) – The Legend of the Lone Ranger.
Jak na razie jeszcze zachęca mnie udział Hammera. Nie widziałem go co prawda w "J. Edgarze", jednak rolą w "Social Network" udowodnił, że potrafi konkurować z dobrze znanymi gwiazdami.
Rewelacja, że zaczął znowu grywać w filmach. Nie wiem na ile to prawda, ale już w jego najnowszym filmie, "Nero Fiddled" zobaczymy Allena w epizodycznej roli.
Świetny plakat! Mimo, że większą część plakatu zajmuje tekst z nazwiskami twórców, wcale to nie przeszkadza, bo czcionka jest świetnie dobrana, tak samo jak inne kolory na posterze. To jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku, ale tu pewnie nie będzie żadnej niespodzianki, bo Wes Anderson utrzyma równy sobie poziom.
Fajnie, że mimo kłopotów związanych z produkcją, zdjęcia w końcu ruszyły. Jak najbardziej czekam, bo może uda się upiec dobry western.
Proszę czekać…