@roksana_goly
Nigdy nie przepadałam za Cooperem, ale tutaj mi się spodobał. Wypadł minimalnie lepiej niż Lawrence (za co ona dostała tego Oscara?). Reakcja Pata na treść książki – miałam podobnie jak czytałam biografię Francisa Forda Coppoli. Może nie chciałam wywalać jej przez okno, ale rozczarowanie było ogromne. Super, że do roli psychiatry zaangażowano Anupama Khera. Lubię go od czasu, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz w "Żonie dla zuchwałych". Sama historia fajna. Są różne sposoby na wyjście z emocjonalnego popaprania. Oni potrzebowali siebie nawzajem, odnaleźli się i super.
Świetni aktorzy, przede wszystkim ci ze starszego pokolenia. Z młodszych najbardziej spodobał mi się Jaeden Martell. Don Johnson – uwielbiam. Sama historia niezła, ale za często podczas seansu ziewałam, więc albo było nudnawo, albo… niedobór tlenu? 😏
W filmach, kiedy ktoś zmienia tożsamość, zawsze zastanawiam się jak to możliwe, że przychodzi to tej osobie z taką łatwością. Tutaj też – kryminalista, po wyjściu z więzienia, przyjeżdża do jakiegoś miasteczka na wygwizdowiu i od razu się tam urządza. Żeni się, ma firmę, staje się wręcz lokalną gwiazdą. Dla mnie to zbyt naciągane. Vince Vaughn i Steve Buscemi dobrze wypadli. John Travolta niezły. Końcówka taka sobie.
O kombinowaniu, wykorzystywaniu każdej okazji i pogardzie, ale takiej w białych rękawiczkach, która w końcu doprowadza do tragicznego finału. "Jeśli chodzi o stawkę, masz więcej, bo jest inflacja" – aktualne. 😏
O wychodzeniu z uzależnienia z komediowymi nutami. Meryl Streep jako Carrie Fisher i Shirley MacLaine jako Debbie Reynolds świetne. Quaid i Dreyfuss również (ten drugi bardziej, ale za mało go było). "Płacz, to będziesz mniej sikać." – babcia sztos.
Specyficzny aktor. Prywatnie z taką, a nie inną przeszłością, ale lubię skubanego. Fajnie się odnalazł i w "Desperado" i w "Gorączce", a nawet komediowo – w "Małych agentach".
"Prowokować można tylko do pewnych granic, potem ten ktoś pęka." Niezłe kino, dostosowane do współczesności – smartfony, filmiki, gównażeria nieszanująca innych (i rówieśników i dorosłych). Julianne Moore świetna. Wersji De Palmy za bardzo nie pamiętam (muszę sobie odświeżyć), ale tutaj matka Carrie creepy.
Na Marceau i Depardieu zawsze warto spojrzeć, ale sama fabuła bez szału. Są lepsze francuskie filmy z lat 80. o miłości z policją w tle (chociażby ten z Delonem i młodziutką Parillaud). Tutaj nic się nie klei, nie angażuje. Nudy.
Sophie Marceau i Vincent Perez znowu razem. Momentami miałam wrażenie, jakby to była kontynuacja filmu "Fanfan". Spotykamy zakochaną parę po latach już jako małżeństwo i widać, że nie do końca się udało. "Żryj kanapkę, bo to ostatnia, którą ci zrobiłam!" I tak długo wytrzymała. Brawo. Ale ta przyjaźń męża i kochanka creepy. Zakończenie też jakieś takie…
Szczęście nigdy nie przychodzi samo – tym razem przyszło z dzieciakami. Główny bohater trochę jak Charlie Harper z "Dwóch i pół". Takie samo podejście do życia, pies na baby, od czasu do czasu jakiś dżingiel dla kasy, a potem bang – w życiu pojawia się kobieta, w której się zakochuje. Sophie Marceau jest tu po prostu genialna. Połączenie komedii do pochichrania się z filmem obyczajowym wyszło bardzo fajnie. Dawno już nie kibicowałam żadnej parze tak jak Sachy i Charlotte.