dwójka to absolutne, nieśmieszne dno, jedynka daje rade, ale dla mnie numer trzy to najlepsza część, czwórka w sumie też jest niezła, na pewno lepsza od dwójki
ZAZ rządzi :)
Zakończenie jest jak najbardziej w porządku, mimo wszystko – zaskakujące i otwierające furtkę na część drugą. Efekty – tutaj nie ma co się czepiać, też nie wiem dlaczego inni obniżają notę o kilka stopni tylko dlatego, że słabe efekty, a ten film zapewne jakiegoś wielkiego budżetu nie miał – strzelam, że koło 30 mln, bo w to nie wierzę (http://www.imdb.com/title/tt0435705/business). No i te efekty 'słabe' zajmują niewiele czasu ekranowego, więc jest git, ja do efektów nic nie mam, jak ktoś nie wie dlaczego mu się nie podobał film, to zwala na efekty :) Dla mnie film jest dobry, nie nudzi i nie jest przewidywalny, a z takimi opiniami się spotkałem.
czemu 'najglubsze' zakończenie w historii kina?, bo nie da się go w żaden sposób przewidzieć?, bo wyjaśnia wszystko?
Mistrzowski scenariusz i arcydzieło pod względem wykonania technicznego.
> Anita Nowakowska o 2007-08-18 18:49:43 napisał:
>
> Film typowo efekciarski – nic poza tym.
> Zabawnie naciągane teksty, sporo nieścisłości, które tak się rzucają w
> oczy, że aż nudzą.
Proszę o przykłady, może coś wyjaśnimy.
> Spore zastrzeżenia do scenariusza – aż trudno powiedzieć, czy film miał być
> zabawny (przez naciągane teksty) i przypadkiem wyszedł kicz, czy producenci
> nie byli tego świadomi.
Scenariusz powstał w oparcie o serial animowany przy współpracy z Hasbro i w pełni odzwierciedla 'tamte' Transfomersy.
Co do samego filmu, to od strony technicznej wykonany perfekcyjnie, blisko ideału. Zdjęcia, montaż, udźwiękowienie, efekty specjalne i przede wszystkim reżyseria – Bay kręcił zdjęcia bez Transformersów na planie, trzeba być niezłym wizjonerem, aby skręcić hmm koło 400 ujęć (strzelam) z tymi wszystkimi wybuchami i roboty mieć tylko w głowie.
Jedyne, do czego się czepiający krytycy, z tego co widziałem to scenariusz, ale trudno, aby w tak widowiskowym filmie Optimus nagle usiadł, zaczął żalić się nad swoim życiem i cytować Nietzsche. No, ale cóż "Transfomers" to arcydzieło, ale w swoim gatunku – sensacyjny sci-fi.
Oddziaływający na emocje. – Piękny, przejmujący, wzruszający, dający do myślenia dramat od mistrza Eastwooda. Świetna rola Hilary Swank, Morgana Freemana i samego reżysera. Freeman po raz kolejny poruszył mnie swoją rolą w dramacie, poprzednie takie wrażenie wywarł na mnie w "Skazani na Shawshank". Oscary w pełni zasłużone, ja bym wręczył jeszcze Eastwoodowi, zagrał rewelacyjnie, scenariusz też wyśmienity – też mógł być Oscar, ale cztery to i tak dużo. Jest to jeden z najlepszych filmów, w których akcja toczy się wokół boksu. Z początku myślałem, że zakończy się film po prostu jakimś rewelacyjnym zwycięstwem Maggie, ale tutaj właśnie oznaki wyśmienitości daje scenariusz, po ostatniej walce, mamy szereg pięknych scen niejednoznacznych w odbiorze i do tego jeszcze ta świetna muzyka. Boks to ryzykowny sport, większość osiąga sukces właśnie "za wszelką cenę".
Ocena: 10/10
Genialny! – Po prostu film bezbłędny, zero wad. Świetna, a wręcz mistrzowska gra aktorska, młodego wówczas Dustina Hoffmana – zagubiony, niezdecydowany, po prostu mnie do siebie przekonał w 120%, uwierzyłem w tą postać, reszta tak samo świetna. Trzy główne postacie – Pani Robinson, Benjamin Braddock i Elaine Robinson to dla mnie ikony kina, wzory postaci, których możemy się doszukać w naszej szarej codzienności. Zasługa w tym genialnej reżyserii Mike’a Nicholsa. Mamy sceny na jednym ujęciu kilkominutowe, kamera nie skacze w dialogach po głowach jak to mamy w większości dzisiejszych produkcji. Aktorzy ze sobą rozmawiają, a nie: "kwestia" do kamery, CUT, "kwestia" kamery i montujemy. Kolejny plus – film się praktycznie nic nie postarzał dosłownie i w przenośni. Jeżeli nie byłoby starych samochodów i telefonów z 'kółkiem', to powiedziałbym lata 80’, a tu jest rok 1967, great success – jakby to Borat powiedział. Nie postarzał się w przenośni – fabuła jest żywa, scenariusz można by umieścić i dziś i 10 lat później, wszędzie by się dobrze sprawdził. No i oczywiście nie było tak świetnie, gdyby nie ten scenariusz – pełny niespodziewanych zwrotów akcji, bardzo dobrych dialogów. Całość w odbierze dopełnia rewelacyjna muzyka, a przede wszystkim utwór "The Sounds of Silence" autorstwa duetu Simon and Garfunkel, można tego słuchać, słuchać.. i słuchać. Film do wielokrotnego oglądania, tak się powinno robić komedie romantyczne, teraz to mamy 'wysyp żywych gniotów'.
Ocena: 10/10
Obejrzeć można, ale bez rewelacji. – Pomysł na film bardzo dobry. Trzy osoby, jeden domek, taka kameralna atmosfera. Dobra reżyseria, dobra gra aktorów, lecz mimo tego film mi się trochę dłużył i robił się z czasem nużący. Zakończenie dobre, można sobie kilka wersji ustalić, czy ten doktorek naprawdę ją torturował czy wszystko zmyślił, aby przeżyć, czy może to wszystko co widzieliśmy na ekranie to tylko sen na jawie Pauliny – to jest duży plus. Dramat dobry, ale jako thriller się jak dla mnie nie sprawdza, nie ma tego napięcia, które by nas utrzymało w niepokoju do samego końca, z takich kameralnych filmów, jakie do tej pory widziałem, najlepiej wypada "Misery".
Ocena: 6/10
Dobry, warto obejrzeć. – Bardzo dobrze rozbudowany jeden motyw – zabójstwo z zimną krwią. Pozytywnie film mnie zaskoczył tym, iż praktycznie widzowi (przynajmniej mi) wydaje się, że wie wszystko o tym, co zdarzyło się na początku filmu i pozostaje spokojne obserwowanie prowadzonego śledztwa. A jednak udało się mnie zaskoczyć i zmusić na koniec do pewnego podsumowania wszystkich wątków, gdyż trochę zakończenie zamieszało mi w głowie, brawo! Anthony Hopkins – rewelacyjny, choć za często mi tutaj przypominał Hannibala, zwłaszcza jak siedział na przesłuchaniu, a raczej rozmowie z oskarżycielem, Willym Beachum. Trochę się zawiodłem po świetnych pierwszych minutach, gdyż tak prócz początku i zakończenia mamy lekki kryminał komediowy, mało thrilleru. Jak dla mnie film doskonale się nadaje do obejrzenia na dvd, 14 zł za kino – trochę za dużo, ale ostatecznie nie żałuję wydanych pieniędzy.
Ocena: 7/10
Rewelacja! – Zatkało mnie! Przesiedziałem całe napisy końcowe zanim ruszyłem się z fotela :) Michael Bay to mistrz demolki, nie rozumiem tych wszystkich narzekań na jego styl i uznawanie jego filmów za mega gnioty, ten człowiek po prostu robi to, co potrafi najlepiej – filmy naszpikowane akcją i efektami. "Transfomers" spełnił moje wszystkie oczekiwanie – wierność obrazowania autobotów, akcja, akcja, akcja, efekty, efekty, efekty. Efekty są powalające, Transfomersy żyją na ekranie, widać, że włożone w nie bardzo dużo pracy, aby to wyglądało i dało przykład twórcom innych filmów jak dobrze wydać pokaźną sumę pieniędzy – 150 mln dolarów, i zrobić takie efekty. Moim zdaniem twórcy wycisnęli maksimum możliwości technicznych jakie obecnie są dostępne. Świetne efekty dźwiękowe, a zwłaszcza huki i eksplozje. Ciekawym elementem było wprowadzenie trochę humoru, świetne sceny z wizytą autobotów w ogródku Sama, piękne. Świetna gra aktorów, humor, efekty, nie nudzi, widowiskowy.
Ocena: 9/10
Z niecierpliwością oczekuje wydania DVD. Tak mnie zafascynował film, że w poniedziałek wybieram się po raz drugi do kina, nie często zdarza się film tak bardzo godny tych 14 zł za bilet.
2/10, czyli mocno słaby. – Zacznijmy od naszych genialnych tłumaczy tytułów, często ta robota im bardzo dobrze wychodzi jak w przypadku "Marzyciela", zaś czasem poraża bezsensownością i tutaj mamy doskonały przykład "Sadysta", który nastawia nas co prawda na kolejne gore, ale wtedy jest na co popatrzeć, zaś tu tytuł praktycznie nie odzwierciedla tego co widzimy na ekranie. I jeszcze ten idiotyczny slogan na plakacie "Podnieca go ból… Twój ból", kolejny absurd. Trochę szkoda mi radia Eski, które z takim zapałem reklamowało ten film, jadąc samochodem 2 godziny, z 4 razy usłyszałem ją. Scenarzysta kopiuje "Piłe", jak zobaczyłem kasetę w szufladzie, to już mnie zniesmaczyło trochę, do tego mamy uwięzienie jak w "Pile". Również pan Cohen chciał coś nam powiedzieć o psychice zabójcy, jednak i to leży plackiem, więc już o tym nie pisze, bo leżącego się nie kopie. Zero klimatu, napięcia, przerażających momentów, no może prócz samego początku (motyw z gipsem) dawał nadzieję na 'coś', czego później nie widzimy, a może to 'coś' według reżysera jest, ale widzą to tylko amatorzy gatunku. Aktorstwo – znikome (co prawda lubię Elishę za "Dziewczynę z sąsiedztwa" i to pewnie jest dla niej dobry gatunek – komedia romantyczna, tutaj w roli zagubionej, strachliwej i przechodzącej metaforę osoby wypada blado), scenariusz – DNO, reżyseria i realizacja – słabe.
NIE POLECAM!!!
Proszę czekać…