To nie jest zły film, technicznie to porządny średniak, ale nie ma niczego co by go napędzało. Tak zmierza sobie znikąd donikąd. Ja nie lubię takich otwartych opowieści, niektórzy spojrzą pewnie przychylniej.
Scen ze szkoły jest tu – wbrew oryginalnemu tytułowi – całkiem niewiele, oglądamy raczej całą resztę życia tamtejszego nastolatka. Klimat tej opowieści jest dużo bardziej realistyczny niż we współczesnych filmach dla młodzieży, sytuacje nie tak przerysowane, chociaż nie brakuje humoru (typu "twoja stara…").
Jeden z tych filmów przy których można się pośmiać (dialogi, aktorstwo). Bardzo charakterystyczna, bezkompromisowa postać Dolemite, Rudy Ray Moore i to jego "motherf***er" wymiata.
Od klasy B oczekuję wyłącznie rozrywki, a tutaj jest trochę słabszych momentów, przestojów i zwyczajnej nudy. Sceny łóżkowe, te długie rymowanki (po researchu – Signifyin’, jakaś kulturowa tradycja) nie pasują mi do rytmu filmu.
Krok w dobrym kierunku w porównaniu do poprzedniej części, ale to za mało. Bardzo dobra jedynka powstała dwadzieścia(!) lat wcześniej. Potwory (nadal) nie robią wrażenia, a historia, chociaż ma lepsze pomysły, to była mi obojętna. Moim zdaniem film dla entuzjastów. Najbardziej podobała mi się krótka przebitka z czterech filmów.
Słaba odsłona, na plus kilka zabawnych dialogów. Emmanuelle jakby nie dostała własnego wątku, wygląda to bardziej na zlepek scen i przypadkowych zbliżeń, jedynka miała chociaż motyw przewodni. W filmie tego typu bardziej zaskakuje jak ktoś nie uprawia z kimś seksu.
BARDZO amatorski slasher, aż było mi głupio postawić go przy innych filmach 4/10. Ale.. obejrzałem bez nudy. Film wie kiedy się skończyć (chociaż to też pewnie zasługa minimalnego budżetu), a postać morderczyni nie jest tak odpychająca jak się spodziewałem po plakacie.
Prawie każdy inny film byłby rozwleczony, a przy Sholay czas leci zaskakująco szybko. Jest w tym coś z magii, bo fabule nigdzie się nie śpieszy, a pojedyńcze sceny są niesamowicie długie. A jednak film wciąga, scenki muzyczne też pasują idealnie do klimatu.
Ogromna to zasługa aktorów, i pierwszo- i drugo- planowych, każdy dał z siebie 110% procent, jest komedia i dramat, ja najbardziej zapamiętam podobnego do Hitlera naczelnika więzienia, niezdarny jak inspektor Clouseau z Różowej Pantery.
Mimo tych zalet film trwa AŻ trzy i pół godziny… nawet na dwa posiedzenia to dla mnie trochę za dużo.
Zaczynam podejrzewać, że istnieje jakiś "podręcznik reżysera" udostępniany tym wybranym którzy przekroczą określony budżet. Ten styl – miałki, sztywny i kompletnie bez żadnego polotu widziałem już wielokrotnie i co zaskakujące te produkcje zazwyczaj odnoszą komercyjny sukces. Tutaj jeszcze dodam dziwny timing żartów, w jednym momencie akcja próbuje być "poważna", a sekundę później lecą żarty jakby to co się dzieje nie mialo znaczenia dla bohaterów.
Wracając do żółwi – za dużo się o nich nie dowiedziałem, nawet imion bym nie przypisał do "twarzy", bo film skupił się na postaci Megan Fox. Powiem tylko, że CGI jest wystarczająco dobre. A Megan średnia.
Tytuł zachęcił. Cały budżet filmu poszedł na muzykę, całkiem niezła, a reszta to amatorszczyzna. Tylko Scott Brady coś zagrał, szacunek że mu się chciało.
Film przypomina jak popularne były kiedyś żarty o Polakach…