[SPOILER] Fabuła ma kilka zgrzytów – zaskoczyła mnie nagła zmiana zdania Adrian, umotywowana nie wiadomo czym, chyba po prostu przespała się z tematem (swoją drogą – wzruszająca scena jak przy niej czuwa), wątek z okiem napędza fabułę ale nie ma żadnego rozwiązania, do tego – jak już Zigor wspominał – ani Rocky ani jego trener nie słyszeli o czymś takim jak "garda". Najlepszą obroną jest atak, ale też bez przesady ;) [/SPOILER]
Rewelacja! Niby to samo, a ogląda się bez znudzenia. Niezwykle naturalne aktorstwo całej obsady, wiarygodny koncept "od zera do bohatera" (a to sequel!) i wisienka na torcie czyli Rocky i jego dialogi.
Driftują. W Tokyo. Po ocenach, miejscówce i kultowej już muzyce spodziewałem się znacznie więcej, co najmniej najlepszej odsłony w serii. A to film pod tak wieloma względami przeciętny.
Przygodowy? Ledwo. Historia zaginionej korony jest tłem dla współczesnej komedii i relacji dwójki bohaterów. Nic z tego nie wyszło dobrze i (nie rozpisując się) za wszystkie grzechy obwiniam Channing’a Tatum’a, aktora obsadzonego chyba tylko ze względu na wygląd. [SPOILER]A jedyna naprawdę jasna gwiazda została bezceremonialnie odstrzelona.[/SPOILER]
Dobry, chociaż bez fajerwerków. Mimo dramatu rodziny film nie stara się być przesadnie stresujący dla widza.
Zazwyczaj kiedy akcja przyspiesza film tylko zyskuje, a tutaj jest na odwrót. Dobry, trzymający w napięciu thriller kończy się sekwencją pełną naciąganych zdarzeń. Krótkie, ale logiczne rozwiązanie byłoby dużo bardziej satysfakcjonujące, nawet zastanawiałem się jak i czy w ogóle bohaterka może wyjść z tej sytuacji.
To kolejny film BH, który potrafi zamienić proste, statyczne ujęcia w coś ciekawszego i warto to odnotować.
"Co ty wiesz o czasie?" pyta Tomasz Kot niczym grecki filozof, a widownia wspólnie z aktorem ma krótki moment na zadumę i refleksję. Żartuję oczywiście, ale ten i inne teksty są tak niezamierzenie komediowe, że czekałem na nie bardziej niż na rozwój akcji. Która – swoją drogą – momentami potrafiła zainteresować. Wracając do dialogów – postać Grzegorza Damięckiego cechuje się absurdalnym brakiem wyczucia i w co drugim tekście wręcz kopie po kostkach gościa, który dopiero co stracił żonę. Film to bałagan, ale można się pośmiać.
Nikt nie wspomina o tym jak świetne są ujęcia w tym filmie, szczególnie początek zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Zaskakujące, że film jest szerzej nieznany, właściwie niszowy, a sam reżyser nie nakręcił (jeszcze) żadnego hitu.
Film który od początku do końca rozgrywa się w jednym miejscu musi być pod każdym innym względem niemal wybitny żeby to nadrobić w moich oczach. Zadanie ciężkie, statystycznie skazane na porażkę, w dodatku w naszym, krajowym kinie poprzeczka jest zawieszona trochę niżej, więc i rezultat nie zaskakuje. Chociaż przyznaję, że na tle innych polskich produkcji aktorzy naprawdę dają radę, to nie ma tu kogo specjalnie wyróżnić.
Finał historii jest dla mnie całkiem satysfakcjonujący, ale pozostawia też nieodparte wrażenie że z tej gliny dało się ulepić coś więcej – przez niemal 90 minut każdy knuje z każdym i szalona / nieoczywista / oryginalna końcówka pasowałaby idealnie.
Częściowo po hiszpańsku i napisów trzeba sobie poszukać. Sam film ma swój urok – dobrze obsadzona para bohaterów i subtelna końcówka to dla mnie największe plusy tej produkcji. [SPOILER]Natomiast historia – ta po powrocie do Polski – utrzymana jest w jednym, depresyjnym tonie i może właśnie przez tą ciągłość szczególnych emocji u mnie nie wywołała.[/SPOILER] Reżyseria również rozczarowuje, a całkiem rozsądny budżet został przepalony na nie wiadomo co. Polskie "love story" to nie jest, a przyznam że trochę na to liczyłem.