Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Climax 1

Wkraczając w pustkę wydanie drugie doprawione? Dosłownie doprawione? Tym właśnie jest ekstatyczne dzieło Gaspara Noégo Climax. Reżyser znowu nie unika dekonstrukcji porządku fabularnego, bez zabawy półśrodkami i w eskapistycznym nastroju bierze nas na quasi musical po narkotykach, gdzie i my czujemy, że spożywaliśmy, a Dante nie schodzi z piekielnego parkietu. Kino transu, gdzie ewoluujące u widza współodczuwanie to mało powiedziane!

Historia zaczyna się rozmowami z młodymi, zdolnymi tancerzami. Odpowiadają na pytania dotyczące planów na przyszłość, marzeń i pragnień. W tych niewinnych wypowiedziach, gdzie dominuje u naszych bohaterów ogromna pasja do tańca jest kilka wtrąceń – o wierze w niebo, piekło na ziemi, które otacza niektórych z nich i ich ekstremalnych przygodach ze środkami odurzającymi. Mają teraz warsztaty z wielką tancerką Sofią Boutellą, która, można powiedzieć, urodziła się na parkiecie. Po jednej z prób pełnej przepięknych, pełnych ekspresji i energii układów tanecznych następuje after, który stanie się horrorem, nawet nie psychologicznym, a klinicznym. Oczywiście nieprzewidywalność tego Piekła Dantego, które nastąpi w rytm muzyki lat 90. jest podkręcona przez samego reżysera zabiegiem umownego odcięcia się od ciągu dalszego. Zwielokrotnia skutecznie naszą dezorientację. Gaspar Noé. Po próbie i pierwszej degustacji sangrii pojawiają się napisy, jak gdyby Gaspar Noé kończył film, a przynajmniej swój udział w nim. Reszta wymyka się spod kontroli, on już tego „nie reżyseruje”. Te wydarzenia intensywne i pełne napięć również erotycznych, niczym w Salo, czyli 120 dni Sodomy i Gomory w jednym budynku przekroczą pojęcie obłędu.

Climax to kino, które nie angażuje nas tylko na poziomie emocji, ale mocno fizycznie. Reżyser szatańsko śmieje się z gatunków filmowych łącząc w tym momencie dwie myśli przewodnie ze swoich poprzednich filmów – Wkraczając w pustkę i Nieodwracalne. Referuje bezpardonowo, prowokując duszną i klaustrofobiczną atmosferę jedności czasu, miejsca i akcji, znowu psychodeliczną opowieść podporządkowaną narracyjnie postaciom. Dodaje do tego jedną rzecz, jedno wtrącenie fabularne, które zaburzy ciąg dalszy filmu. Ten epizod zdeterminuje wszystko, co nastąpi później (wyreżyseruje niemalże). A na dodatek, czy Climax nie jest doświadczeniem pustki, przy paradoksalnie pełnym bodźców, intensywności oraz kontrastów, niezdyscyplinowanym adekwatnie do sytuacji, opowiadaniem? Nie można tego odwrócić, nie można tego odzobaczyć.

Dlatego użycie słowa „męczący” w przypadku tego filmu jest pojęciem całkowicie nacechowanym pozytywnie. Określa siłę uderzeniową dzieła i jego skuteczność – odbiór sztuki całym sobą. Climax infekuje nam mózg i tak się do nas klei, że jest jak psychodelik podany mimowolnie – działa czy tego chcesz, czy nie. Nikt nas nie zapytał o zgodę. Nie było napisu ostrzegającego byśmy porzucili wszelką nadzieję my, którzy tu wchodzimy.

Oczywiście zagrywki wizualne i artystyczna wirtuozeria tylko zwielokrotnia ten wspólny trip, ponieważ obraz zbudowany jest tak, jak gdyby to znowu było z wnętrza uczestniczącego, a nie obserwatora. Master shoty, a potem obsesyjnie pocięte kadry, kamera do góry nogami, bo świat stanął na głowie i pulsujące światła przechodzące z przepięknej fety nad cekinową flagą Francji do ujęć i kolorów, jak z horrorów. Ten cały blender to też taki charakterystyczny dla artysty remix popkultury. Ma on pokazać wtórność codzienności i tylko jej zniekształcenie, zmiana percepcji, przemeblowanie rzeczywistości, może ją urozmaicić i nasycić zaspokajając współczesnego człowieka. Szukającego coraz dalej, przesuwającego granicę ekstremum.

Climax to stworzona w nastroju i rytmie rave tragedia grecka. Nieuniknione fatum dotykające bohaterów, które mimo nieprzewidywalności o następną sekundę (widza i jak gdyby ich samych) wiemy, że dąży do katastrofy. Mesmeryzmujące doznanie, jak opętanie! Gdzieś między tym nadciśnieniem i danse macabre wciskane zostaje przesłanie o kulturze, która już przeforsowała się. Wszystko jest tylko powtórzeniem i powoduje znużenie, więc trzeba sięgnąć po coś więcej, bo wielu ludzi jest uzależnionych… od tego więcej. Melanż ostateczny na o wiele wyższą notę, niż dostateczny!

Ocena: 9/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…