W sumie pozytywne zaskoczenie. Przede wszystkim akcja rozgrywająca się w unieruchomionym pośrodku lasu pociągu jest całkiem nieoklepanym pomysłem. Do tego grupka urozmaiconych pasażerów, nierażąca gra aktorska i można przyjemnie spędzić czas. Jednakże olbrzymi minus za wszelkie sceny, gdzie wilkołak pokazany jest w pełnej okazałości, zwłaszcza scena jak pasażerowie razem postanawiają go zatłuc. Wyszło przekomicznie i teatralnie.
Ciekawy, niepokojący klimat, a do tego ładne zdjęcia i kompozycje. Ogląda się nawet z zaciekawieniem, choć, szczerze mówiąc, myślałem, że w pewnym momencie ta historia trochę bardziej ruszy z kopyta. Jednak tak się nie stało i tempo od początku do końca jest takie samo. Czy to wada? Kwestia oczekiwań. W każdym razie to niezły mroczny film (choć jako horror nie straszy w ogóle). 6+/10
Ogólnie to ktoś tam był niespełna rozumu, żeby pozbyć się z nazwy czegoś tak rozpoznawalnego jak "HBO". To tak, jakby klocki Lego przemianować nagle dla jaj na klocki "Klocex"
Jak przymknąć oko (a najlepiej oba) na irracjonalne zachowania bohaterek, to jest to całkiem kompetentny horror found footage. Niezbyt może czuć, że jest to kolejna część serii "Dom szatana…", ale jako osobny twór nie nudzi, ma jakiś tam klimat i kilka nie najgorszych scen (zwłaszcza podobała mi się scena z prezentacją zdjęć na wideokonferencji).
Niesamowite zdjęcia, każdy kadr uznaję tu za małe arcydzieło wizualne pod względem gry cieniami czy rozplanowaniem widocznych elementów. Duet głównych bohaterów zagrany świetnie, moim zdaniem wręcz wybitnie. Dźwięk również najwyższych lotów, aż mnie kilka razy ciarki przeszły. Bardzo enigmatyczną, ale mimo wszystko nie sprowadzoną do "ma być dziwnie i guzik mnie obchodzi, że widz nie wie, o co chodzi" fabułę śledzi się z zaciekawieniem. No i to szaleństwo, które zdaje się stawiać nad tym wszystkim kropkę nad i. Choć muszę jednak przyznać, że nie czułem eskalacji tego szaleństwa, jakby było zero-jedynkowe i zbyt szybko "wybuchło".
Poważnie, jest to największy paździerz, jaki widziałem od dawna. Jakoś w połowie filmu pomyślałem "nie wiem, kto napisał scenariusz do tej szmiry, ale byłbym w stanie się założyć, że była to jakaś wyzwolona biała kobieta" (i niezmiernie bawi mnie, że zgadłem). Filmidło w głupiutki wręcz sposób próbuje pokazać, jak to Czarnym jest w USA źle i jak to są inaczej traktowani niż Biali. Zaczyna się od groteskowego wykładu, na którym – oczywiście – biała kobieta tłumaczy studentom, o co chodzi ze słowem NIGGER (czyli – jak ktoś nie wie, to tłumaczę – CZARNUCH). Scena miała być chyba zabawna, ale aż przeszły mnie ciarki zażenowania. A dalej jest już tylko gorzej. "Fabuła" ciągnie się jak flaki z olejem, przećpani bohaterowie niezwykle irytują, a sytuacje mające być zabawne powodują co najwyżej przewracanie oczami. Nie polecam, 1/10.
Zegler narobiła temu filmowi tyle niepotrzebnego smrodu, że będę zdumiony, jak ktoś da jej w przyszłości główną rolę w wysokobudżetowym filmie : V