2/10 – W przypadku tego filmu ciekawe jest to (choć bardziej adekwatne byłoby słowo nieciekawe), że dokładnie te same elementy które wcześniej dały trochę głupią ale pełną uroku komedię, tutaj dały film pozbawiony lekkości, wręcz ciężkostrawny. Kontynuację wyróżnia właściwie tylko podmienienie koszykówki na boks, reszta to niezbyt oglądalna kalka.
Dodatkowo Bateman nie sprawdza się jako zastępca Foxa, jest bezbarwny, pozbawiony charyzmy i niewzbudzający sympatii. 20 lat później ten sam aktor wielokrotnie udowadnia, że stać go na solidne role, więc niestety, ale wszystkie dowody świadczą przeciwko reżyserowi. Zakończę takim sucharem jak cały ten film, na pudełku DVD powinno znaleźć się hasło "reklamowe": będziesz wył z rozpaczy!
1/10 – Pamiętacie taką świetną scenę z Full Metal Jacket kiedy R. Lee Ermey znajduje u Vincenta D’Onofrio pączka i drze się z całej siły: "Holy Jesus! What is that? What the fuck is that?" Tak samo powinien zareagować na jego debiut reżyserski.
Co z tego, że to kicz zamierzony skoro kompletnie nieoglądalny. Największym wrogiem tego filmu nie jest jednak tandetne aktorstwo, słabe i monotonne piosenki czy fatalny montaż ale nuda. Ale też nie taka zwykła nuda, to jeden z najnudniejszych filmów świata z nudą przez duże N. Gdyby ludzie karmili się nudą ten film wyżywiłby całą Afrykę, gdyby Grecja mogła wymienić nudę tego filmu na euro to prześcignęłaby Chiny, gdyby Sasha Grey mogła tą nudą odkupić wszystkie swoje grzechy to zostałaby zakonnicą.
Horror to dopiero ostatnie 10 minut, dosłownie i w przenośni, wcześniej nie dzieje się prawie nic, nudni bohaterowie prowadzą nudne rozmowy, po czym chwytają za gitarę śpiewając nudne piosenki, następnie nudni bohaterowie prowadzą nudne rozmowy, po czym chwytają za gitarę śpiewając nudne piosenki a tuż po tym nudni bohaterowie prowadzą nudne rozmowy, po czym chwytają za gitarę śpiewając nudne piosenki…
Już niesławny "Martwy Krzyk" z kolekcji Carismy był lepszym filmem, szkoda, że jeden z moich ulubionych aktorów nakręcił jeden z najgorszych filmów jakie widziałem.
Nie wierzę, film dla kobiet, dystrybutorem jest Kino Świat a nie ma głupiego polskiego tytułu, głupiego polskiego hasła reklamowego, do tego plakat jest po prostu spolszczonym amerykańskim posterem.
Spodziewałem się tytułu "Stojący na baczność" albo "Jaja na golasa" i białego tła a tu taka niespodzianka.
5/10 – Za każdym razem z ust Guya Pearce’a wydobywa się jakiś w zamierzeniu zabawny one-liner, w pewnym momencie staje się to strasznie nużące, zwłaszcza, że scenarzysta skończył jedynie na zamiarach. Film stara się być hołdem dla kina akcji lat 80-tych i początku 90-tych (nie muszę chyba mówić o oczywistym nawiązaniu fabularnym, podobała mi się aluzja do Cobry ze Stallonem i nawiązanie do Obroży z Hauerem) ale również skończyło się jedynie na staraniach.
Wszechobecny plastik, PG-13 (choć czasem podchodzące pod R-kę), epileptyczny montaż, tona CGI w hołdzie dla lat 80-tych?! Z czym do ludzi! Kolejny przeciętniak z fabryki Bessona.
4/10 – W tym filmie tylko cameo Raya Liotty jest naprawdę świetne. Gagi są bardzo nierówne, najczęściej znajdują się na dość marnym poziomie lub są po prostu nieudane (monolog Rudda przed lustrem czy też scena porodu). Wiele z nich jest też odgrzewanych do granic wytrzymałości widza tak jak wyliczanka Aldy lub Theroux nadal żyjący w latach 90. Komedia tylko dla bardzo znudzonych fanów Rudda i Apatowa.
Jestem coraz mocniej przekonany, że takie zdjęcia to w zupełności kontrolowane przecieki. Są filmy z których mamy mnóstwo takich fotek jak np Amazing Spider-Man i The Dark Knight Rises a są takie superprodukcje z których brak jakichkolwiek zdjęć z planu jak np Oz: The Great and Powerful.
Oczywiście może to też zależeć od ilości ujęć kręconych w studiu, stopnia ochrony, sposobu dojazdu na plan itp ale z drugiej strony takie przecieki to łatwe działanie marketingowe. Dzięki nim film jest obecny w mediach już na długo przed premierą kiedy dział marketingu pewnie dopiero przygotowuje materiały reklamowe.
Grała, była w ostatniej scenie filmu.
6/10 – Solidne choć potwornie przewidywalne (jakoś od razu domyśliłem się kto jest adoratorem Susan Sarandon). Filmik z klimatem typowym dla festiwalu Sundance, dobrze zagrane ale letnie, na pewno nie zostanie w głowie na dłużej.
2/10 – Dodatkowy punkt jedynie za niesamowicie sympatycznego Reeve’a, najlepszego ze wszystkich Supermanów. Film to jedno z największych kuriozów w historii kina, powinien doczekać się książki na swój temat a nie jedynie komentarzy w internecie. Najważniejsze minusy:
-czarny charakter który zasypia poza światłem słonecznym ale nikt nie wie jak go pokonać
-wspomniany Nuclear Man, w polskim tłumaczeniu na DVD zwany uroczo "Nukleoludem" głosem Gene’a Hackmana wydaje z siebie mordercze ryki i używa swoich morderczych…wysuwanych paznokci
-słońce świeci jednocześnie na całym świecie od Chin po USA
-Mariel Hemingway oddycha w kosmosie, ciśnienie też nie jest jej straszne
-cała walka w slow-mo na Księżycu w której aktorzy jedynie udają slow motion to absolutne mistrzostwo świata
-każde pojawienie się Jona Cryera, jeszcze gorzej gdy przyszła gwiazda "Dwóch i pół" się odezwie
-miliard niedokańczanych wątków, tyle tu tego, że aż boję się co by było gdyby budżetu w ostatniej chwili nie okrojono o połowę
-przemówienia Supermana na poziomie starych propagandowych filmików (co ciekawe w scenie krótkiego przemówienia w metrze sam Reeve wydaje się być tym maksymalnie zażenowany)
Plusy:
Żartujecie sobie?
To i tak tylko malutki ułamek absurdu tego filmu, aż żałuję, że nie notowałem w trakcie seansu. W kategorii niezamierzona, dająca mnóstwo radości komedia to absolutne 10/10!
3/10
Szkoda tylko fajnie wykonanej bestii i starań (na miarę skromnych możliwości) Gummersalla który w sytuacji domniemanej dezercji reżysera ma oparcie jedynie w charakteryzacji. Ten film to totalny miszmasz nad którym nikt nie panował, stylizacja świata na lata 50-te i kino noir (aparaty fotograficzne, telewizor) topornie przeplata się tu z stylizacją na komiks (tandetne przebłyski), schizowym horrorem i nutką komedii. Może i brzmi to dobrze na papierze ale w rękach słabego twórcy wyszło fatalnie.
Podobnie jest tu z aktorstwem, każdy gra swój własny film: Gummersall odtwarza skrzyżowanie Petera Parkera z Sethem Brundle, Dan Aykroyd kryminał w stylu noir, John Cho głupkowatą komedię a Theresa Russell…sam nie wiem co chciała osiągnąć totalnie karykaturalną rolą, chyba najgorszą w karierze tej aktorki. Zmarnowany potencjał.
Proszę czekać…