@roksana_goly
Szczerze, to Caseya widziałam raptem w kilku filmach, a najbardziej zapisał mi się w pamięci epizodem w "American Pie". Nie do końca potrafię ocenić poziom jego aktorstwa. Bardziej w świadomości zapisuje mi się jego starszy brat, a tutaj z byciem drewnianym jest różnie. Wolę go jako twórcę z drugiej strony kamery, niż aktora.
Świetne dialogi. Trio absolutnie genialne – Tom Waits, który sprawia wrażenie, jakby miał na wszystko wywalone, Roberto Benigni ze swoimi komicznymi tekstami ("Gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno bym nie żył.") i John Lurie jako pechowy alfons… I scream, you scream, we all scream for ice cream!
Wrażenie robią Jessica Chastain i wizualna oprawa. Sama opowieść dość przewidywalna. Ciar a’la horror, mimo karmazynu, brak. Końcówka z uśmierceniem złej siostry… Skoro wszystkie zabite w posiadłości osoby stawały się upiorami/duchami, to postać grana przez Wasikowską skazała swojego męża na wieczność u boku zmarłej creepy siostry. Chyba, że czegoś nie skumałam i opuścili ziemski padół.
Melodramatyczne do wyrzygania. Szkoda, że De Palma nie poszedł w stronę tego, co zostało pokazane w filmie "Marsjanin". Tutaj widz dostał smęty typu – mąż tęskni za zmarłą żoną, synek ma focha, bo ojciec leci na Marsa, mąż ginie lecąc w przestrzeń kosmiczną i teraz żona będzie za nim tęsknić, uśmiechnięty creepy Marsjanin… Za dużo tego. Nie potrafiłam przez to skupić się na stronie wizualnej, efektach specjalnych, tym co było na plus…
SPOJLER → Ciekawa fabuła – trening dla przyszłych pracowników FBI, a za rogiem czai się morderca. Na plus dobór aktorów (m.in. rzadko widywana Velasquez czy Collins Jr., do którego mam słabość od czasów "Capote") i wplecenie historii o Roanoke (chętnie obejrzałabym o tym jakiś dobry film). Na minus – za mało Kilmera i jak można było uśmiercić jako pierwszą postać graną przez Slatera?
Film, który sprawił, że po raz kolejny przekonałam się, że nie warto patrzeć na opinie innych, tylko przekonać się na własnej skórze jaka jest dana produkcja. Od samego początku widać, że to bida horror z marnym budżetem. Wszystko, co było tutaj "straszne", opierało się na chwytach typu – drzwi, które się same zamykają, dziwne odgłosy z pokoju obok, ale o dziwo – budowało to całkiem niezły klimat i napięcie. Końcówka taka sobie.
Ciekawe filmidło. Sceny z życia rodzinno-przyjacielskiego w drodze. Popełnianie błędów, rozczarowania, tęsknota i… "co ty będziesz robił w Budapeszcie?".
DELIRIUM 9/10 (top of the top, trio doskonałe, Bill "Świstak / Gromiący tyłki duchom" Murray 🩷)
Pozostałe najlepsze segmenty (ocena 8/10): DZIWNIE SIĘ POZNAĆ (z Benignim w takim klimacie uwielbiam wszystko), BLIŹNIĘTA (Steve Buscemi 🩷), GDZIEŚ W KALIFORNII (miny Iggy’ego Popa to złoto 😏), TO CIĘ KIEDYŚ ZABIJE ("Pan Bóg stworzył cię chyba tylko po to, żeby mnie wku…wiać." 🤣).
Reszta: RENEE 5/10 (całą robotę robi tu nie postać tytułowa, która nawiasem mówiąc irytuje, tylko kelner), NIE MA PROBLEMU 5/10 (podobnie jak przy segmencie "Renee" – też bardziej irytuje, niż śmieszy), KUZYNKI 7/10 (świat ą/ę vs. kuzynka i jej "brud", Blanchett to babka, która potrafi zagrać wszystko), JACK POKAZUJE MEG CEWKĘ TESLI 7/10 (segment po którym dowiedziałam się, że państwo White to nie rodzeństwo, ale eks małżonkowie 😏), KUZYNI? 6/10 (niezłe, ale zbyt naciągane, BTW Coogan we wszystkim, w czym go widziałam, wzbudza we mnie negatywne uczucia… "Co jest dobre dla Sama Mendesa, jest dobre i dla mnie."), SZAMPAN 7/10 (powrót do wspomnień, nostalgia, minimalizm, pełnia).
Podsumowując: "Od kiedy przestałem palić, mogę sobie na jednego pozwolić, bo udało mi się rzucić. Papieros jest tylko dla szpanu, jak biżuteria."
Fajna komedia z dystansem, którego brakuje dzisiaj wielu ludziom (bez kija w tyłku i umiejętnością śmiania się z samego siebie życie jest prostsze). Tylko Spaceya wolę w mocnych produkcjach, tych od lat 90. Do komedii mi jakoś nie pasuje. Chyba, że to rólka w typie tej ze "Zgagi".