"Kiedy wykluczy się niemożliwe, wówczas to co pozostaje, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą." Momentami kiepskie aktorstwo, specyficzny klimat, sztuczna krew, masa morderstw, fajna muzyka – czyli Argento w pigułce. Na minus koszmarny aktor z "Domu na skraju parku", na plus Giuliano Gemma z "Markizy Angeliki", o którym zdążyłam zapomnieć.
Rozpoczęcie fajną sceną – 5 tysięcy chomików i Shelley, która nie potrafiła wyjść z klatki. 😄 Babcia najlepsza – "Come on Cletus! Come on!" Na minus Jada Pinkett Smith (nie wiem, czy chodzi o to, że jest średnią aktorką, czy o to, że prywatnie za nią nie przepadam – biedny Will).
Fabuła nie była taka zła, ale całość popsuła… Madonna, która przekombinowała. Szkoda. W "Rozpaczliwie poszukując Susan" dobrze zagrała i miałam nadzieję, że tutaj też sobie poradzi, a tu zonk. Na plus piosenki w tle.
Niezłe dialogi ("Nawet jako nieboszczka cuchniesz chardonnay. I to tanim." "Czytałem scenariusz, Jim mi dał."), ale wszystko rozkręcało się w tak powolnym tempie, że na dobre się nie rozkręciło. Iggy Pop jako zombiak popijający kawę i nawiązanie do "Kawy i papierosów" – to mi się spodobało.
Fajna część serii Scooby. Gdy 20 lat temu puszczano to w tv w maju i czerwcu to pamiętam, że bardzo chciałem zdążyć na niego. A epizody o futurystycznym domu i wielkim orle/jastrzębiu do dzisiaj robią swoje sympatyczne wrażenie.
Ciekawe zderzenie trojga aktorów – Kidman na początku drogi zawodowej (szkoda, że nie wzięła sobie do serca tego, co na temat jej urody powiedział w tym filmie uratowany psycho rozbitek); Zane, który w roli świra sprawdził się idealnie i Neill, który jest gdzieś w oddali. Muzyka klimatyczna.
"Za dużo myślisz. Zwłaszcza o sobie" – od egoizmu do empatii. Od samouwielbienia do pomocy innym. Świetne role całej czwórki głównych aktorów (i nie tylko). Obok "Gralla" i "12 małp" mój ulubiony Gilliam jako reżyser.
"- The D is silent. – I know."- czyli nowy Django spotyka starego. Rewelacyjnie zagrane, zaczynając od Leo, kończąc na Sonnym z "Miami Vice". Dobry soundtrack. Na minus długość filmu. Sporo scen, które spowalniały całość. Potem akcja, zmiana tempa i tak aż do wybuchowego (dla Quentina dosłownie) finału. Wymęczyło mnie to.
Dobry film, Charlie dał radę przy takim mistrzu jak Eastwood i jeszcze jego reżyserii. Mam wielki sentyment do tego filmu i zawsze jak gdzieś wyłapię, muszę obejrzeć. Dobra zabawa. Dodam jeszcze, że znakomite zestawienie surowego twardziela i luzak co che się wykazać.
No ten mój wpis jeszcze z FW był słaby lekko. Trochę poprawiłem, Raz, że pomyliłem się z imieniem aktora (z ojcem, zawsze mi się myli, nie wiem dlaczego). no i nie Czas Apokalipsy. :) Ale potrafię przyznać się do błędu! Sorki. Tak czy siak super rola Charliego.
Proszę czekać…