Nie ma startu do "Tragedii na przełęczy Diatłowa" gdzie Ruscy postarali się bardziej. Zmarnowany potencjał historii na całej linii. Marne CGI, jest sterylnie.
Niezły psychologiczny horror, w którym główną rolę odgrywają lęki głównych postaci zamiast straszydeł. Soczyste zdjęcia, fajna lokacja odosobnionego domku w górach, młodzi aktorzy spisali się nieźle, szczególnie grający Nolana. Scenariusz mógłby być bardziej zdecydowany ale pomijając ten szczegół, to jest nieźle.
Epicki, legendarny, fenomenalny i artystyczny serial o XVII-wiecznej Japonii wyreżyserowany przez Jerry’ego Londona, który to jeszcze za życia postawił sobie pomnik, kręcąc to dzieło sztuki. Idealny dobór aktorów do głównych ról: Richard Chamberlain jako John Blackthorne, Anglik przypływający na statku do brzegu Japonii, Toshiro Mifune (doskonale znany ze współpracy z legendarnym reżyserem, Akira Kurosawa) jako Toranaga – wódz, z którym najpierw wchodzą sobie obaj mężczyźni w drogę, aż w końcu stwierdzą, że szkoda życia na ciągłe wojny, walki, a zarazem nienawiść, no i Yoko Shimada jako Mariko – ukochana głównego bohatera, która to nie popełnia seppuku, ale niestety umiera od ataku ninja na pagodę, kiedy to wszystko wokół płonie żywcem. Przeżywałem bardzo mocno śmierć Mariko i zastanawiałem się, jak John Blackthorne sobie poradzi bez niej w swoim życiu. Zasłużony deszcz nagród, przede wszystkim trzy razy Emmy (za najlepszy miniserial, najlepszą czołówkę z mieczem i widokami na zabytki japońskie, no i przede wszystkim za kostiumy genialnie uszyte przez Shina Nishidę) i również trzy razy Złoty Glob (za najlepszy serial dramatyczny, najlepszą aktorkę i najlepszego aktora). W pamięci przede wszystkim mi utkwi też scena trzęsienia ziemi z ósmego bodajże odcinka, kiedy to wszyscy główni bohaterowie próbują się nawzajem ratować. W "Szogunie" kreuje postać kapitana Ferreiry aktor polskiego pochodzenia, Władysław Sheybal. Muszę przyznać, że swoją rolę odegrał bardzo dobrze. W tym serialu dosłownie wszyscy ludzie grający przeznaczone dla siebie role odgrywają kapitalną robotę, która imponuje nawet po ponad 40 latach od premiery. Uważam, że przyszłe pokolenia powinny się zapoznać z "Szogunem", bo nigdy nie wiadomo, czy Twój przyjaciel czasem nie chce wyrządzić Ci mniejszej lub większej krzywdy. Jednym z najpiękniejszych, trzymających w napięciu momentów, a zarazem łapiących za serce momentów jest list miłosny Mariko do Johna Blackthorne’a (w której to możemy usłyszeć głos zza kadru), żeby główna postać ułożyła sobie życie, nie chciała toczyć z nikim wojen, że Mariko musiała zginąć, by ocalić jego życie, że chrześcijańska dusza modli się wręcz o to, żeby spotkali się razem w niebie i byli ze sobą razem na zawsze, a zarazem japońska dusza życzy jej właśnie, żeby żył wiecznie, uczciwie, bo tego wymaga wiara Mariko i dobro kościoła, lecz to właśnie przez nią ze statku zostały zgliszcza, które mogliśmy zobaczyć w scenie ostatniego odcinka wieńczącego ten niezapomniany serial. Zginęła po to, by ją ocalić. Z ogromnym smutkiem patrzyłem na scenę pogrzebu, kiedy to jej druga połówka z zabandażowanymi oczami (na szczęście, muszę dodać) obserwowała cały obrzęd pogrzebowy. Ale statek i tak czekałby prędzej czy później marny koniec/totalne zniszczenie. Uważam, że filmy Akiry Kurosawy i serial "Szogun" idealnie, a zarazem wzorcowo pokazują kulturę japońską, samurajów, by móc konkurować ze sobą o szogunat. Polecam serdecznie każdemu, kto chce obejrzeć porządny serial, a nie Netflixowe badziewie poprawne politycznie. 10+/10
Kolejny klasyk disneya odświeżony, go jakoś mniej razy oglądałem, to i mało co pamiętałem z niego :D wyjątkowo sporo piosenek, a mało dialogów.
Minimalnie lepiej się oglądało od części 1, bo za miast 2 chłopów, była 1 ładna dziewczyna :D Film powinien mieć tytuł wywiad z mordercą xD
Kolejna typowo dziecinna część Gamery, ale w porównaniu do poprzedniej, mniej humoru w niej, chodź walka z tym mieczo potworem ciekawa.
Są takie filmy, gdzie dzieciaki kradną całe show. "Super tata" do nich nie należy. Rob Schneider miał tu więcej uroku, niż ten chłopczyk. BTW Rzucanie się pod jadący samochód – ale kurła śmieszne.
Fabuła lepsza niż w pierwszej części. Niezła familijna historia, która przyciąga uwagę, chociaż kilka idiotyzmów też było.
Nie szukając w tym większej głębi nie było aż tak źle. Wiadomo, że z klimatem części z lat 80. to nie ma nic wspólnego, ale jako rozrywka do chipsów może być. Miło było w jednej ze scen usłyszeć zespół DeBarge. Myślałam, że takie rzeczy tylko w "Miami Vice".
Proszę czekać…