Fabuła praktycznie tu nie istnieje, ale nawet w małym stopniu nie przeszkadzało mi to w dobrej zabawie. Soczysta porcja czystej rozrywki w ekscentrycznym sosie. Największą wadą jest tu chyba grany przez Hardy’ego Max. To postać nudna i bez wyrazu. Na szczęście bohaterowie grani przez Theron i Houlta nadrabiają tę niedoróbkę.
Brak tu humoru i klimatu poprzednich części. Fabula niezbyt ciekawa. Film sprawia wrażenie skierowanego tylko do najmłodszych. Bohaterowie już nie piją alkoholu, nie palą skręta za skrętem, a i strzelania wyraźnie mniej. Do tego dochodzi bardzo słaby polski dubbing. Głosy w ogóle nie pasują do bohaterów. Najbardziej razi Rin Tin Tin z kobiecym dubbingiem.
Facet o imieniu Felix po rozstaniu z kobietą zostaje sam w wielkim domu. Pewnego wieczora do jego drzwi puka jegomość chcący skorzystać z telefonu. Gdy główny bohater zostawia go na chwilę samego, po czym wraca, okazuje się, że mężczyzna zniknął, choć Felix nie widział, aby opuszczał jego dom. Od tej pory zaczyna on popadać w coraz to większą paranoję, że na chacie ma dzikiego lokatora, który ukrywa się przed jego wzrokiem.
I po 30 minutach seansu byłem wręcz pewien, że aż do samego końca film będzie o narastającej paranoi, gdzie widz po prostu na końcu dowie się, czy ów lokator istniał naprawdę, czy tylko w wyobraźni Felixa.
Jednak okazało się, że byłem w błędzie, bo w pewnym momencie film dostaje naprawdę niebanalnego przewrotu fabularnego. Z czystym sumieniem polecam, do samego końca oglądałem z dużym zaciekawieniem i nawet przez chwilę nie czułem znudzenia.
Starsze filmy Disneya jak dla mnie bardzo różnie przetrwały próbę czasu. Księga dżungli wypada dziś trochę średnio, a na pewno gorzej od takich tytułów jak 101 dalmatyńczyków czy Miecz w kamieniu. Ledwo zarysowana fabuła jest jedynie tłem dla maratonu piosenek (które w sumie nie są złe). Główny bohater, Mowgli, jest tu dla mnie chłopcem z deka irytującym i raczej niesympatycznym. Dużo lepiej wypada reszta postaci, zwłaszcza Shere Khan.
Takiego skupiska żenujących dialogów i nieciekawych bohaterów dawno nie widziałem. Nie wiem, czy stężenie debilnych sytuacji w pierwowzorze jest aż tak wielkie, ale ja w każdym razie tego nie kupuję, nawet jeśli film (lub też komiks) z założenia miał być skrajnie przerysowany. Dotrwać do końca pomaga ciekawa stylistyka, choć po Sin City nie jest już czymś nowym.
Wrzuć do magicznego kotła:
- mającą znikomą ilość logiki fabułę
- dużą porcję pseudonaukowego bełkotu
- odpornego na argumenty wojskowego, który na wszystkim zna się najlepiej
Kaboom! i mamy typowy film z wytwórni Asylum. Tym razem mockbuster Marsjanina. :D