@dawidek98

Aktywność

Dla mnie też. Obejrzałem go cztery razy i mam na DVD.

Bardzo dobre kino. Joe Pesci to dla mnie pierwsze skrzypce w tym obrazie.

Jeta Li również.

Mi się film całkiem podobał. Za to Jet Li bardzo dobrze gra postać autentyczną, Wong-Fei Hunga (który to rzeczywiście istniał w latach 1847-1924). Sceny walki przewijają nam się praktycznie przez cały czas na ekranie. Fajnie pokazane relacje między Chinami a całym zachodnim światem – o czym świadczy wymowna scena końcowa, w której Chińczycy się zastanawiają, dokąd dopłynąć swoim statkiem. Jacky Cheung jako Buck Teeth Soh dobry, jednak ustępuje nieco aktorstko Jetowi. Co tu więcej pisać? Dobry film, jeden z czołowych przedstawicieli kina sztuk walki. 7/10

Ja tak samo.

Zhang Yimou – prawdziwy talent reżyserski z kraju Dalekiego Wschodu. Co prawda, do Kurosawy mu nieco daleko, ale jak już się brał swego czasu za jakiś film, to robił to z prawdziwym przytupem. Wei Minzhi (niewykorzystany potencjał aktorski, który był w tej dziewczynie) zagrała bardzo dobrze. O dziwo wszyscy główni aktorzy biorący udział w tej produkcji kreują role samych siebie. Pozytywne kino, które na długo pozostanie mi w pamięci. Co ciekawe, ten film dostał nagrodę Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji w 1999 roku. To powinna być prawdziwa klasyka kina znana nie tylko na całą Azję, ale i na całą Europę czy Amerykę. Aktorstwo, historia jaką opowiada ten film, scenografia, kostiumy, plenery: to wszystko jest na prawdziwą wagę złota. Szkoda, że mało kto docenia i jestem jedynym człowiekiem w otoczeniu, który się zabrał za tą produkcję. No, ale jak sugeruje tytuł "Wszyscy albo nikt". 8/10

Perfect Blue (1997)

Mi się ten film podobał dużo bardziej od tego całego "Czarnego łabędzia", który jest absolutnie wtórny, nieciekawy, mdły i odpychający. Mima/Rumi to tak naprawdę ta sama osoba – podczas gdy Mima jest na niby gwałcona na planie serialu "Podwójna więź", to Rumi się temu z boku przygląda. Obie kobiety mają identyczny pokój, system operacyjny w komputerze, można by rzec że to prawdziwe rozdwojenie jaźni. Satoshi Kon stworzył swoje opus magnum. A scena pod tirem czy podejrzenie o morderstwo fotografa (podczas gdy nagość, gwałt, przemoc i krew są na porządku dziennym w tym świecie bezprawia) każą mi twierdzić, że to nie jest obraz przeznaczony dla oczu nieletnich. Tym niemniej miłośnikom mocnych wrażeń, polecam tą najbrutalniejszą animację w historii kina, bo najsmutniejsza animacja to niewątpliwie "Grobowiec świetlików". 8/10

Studio Ghibli w swojej wielkiej formie – "Laputa: Podniebny zamek" to film godny polecenia fanom anime. Trzeba przyznać, że wątek miłosny między Sheetą a Pazu jest dużo większy, aniżeli między San a Ashitaką w "Księżniczce Mononoke", bo w "Lapucie" głównych bohaterów więcej łączy niż dzieli. Bardzo mi się podobały sceny, kiedy to Pazu gra na trąbce żeby całe miasto go słyszało, a Sheeta słuchała i natychmiast wpadła mu w oko. Tak samo sceny na Lapucie, gdzie odnajduje ich wojsko i uzurpator, tymczasem główna bohaterka zostaje uwięziona w podziemnym pomieszczeniu, w którym przechowywany jest klejnot o lazurowym kolorze zwany potocznie Kamieniem Dewiacji. No i ta babcia z kilkoma zębami: wprowadza trochę humoru do filmu. Hayao Miyazaki to najlepszy reżyser od anime, jakiego kiedykolwiek Japonia miała. 7+/10

Pierwszy film studia Ghibli, który wypadł w moich oczach doprawdy zjawiskowo. Efekty wizualne, barwni bohaterowie, niesamowicie ukazany świat postapokaliptyczny, w dodatku muzyka (dominuje wokaliza dziecięca, co podnosi wartość tej produkcji). Nausicaa ma dużo poważniejsze problemy na głowie od wchodzenia w związki partnerskie/małżeńskie, jak zwał tak zwał. Najlepsza scena w filmie to ta końcowa, kiedy to tytułowa bohaterka unosi się ponad złotymi polami i plemiona widzą, że zostali uratowani od Ohmów i przyroda zakwita na nowo dzięki niej. Widać, że w japońskich animacjach zamiast na romansie to skupiają się między kobietą a mężczyzną na wspólnym losie, partnerskiej pracy czy głębokim zrozumieniu – co później pokazywał Miyazaki w "Księżniczce Mononoke". W tym miesiącu zacząłem przerabiać sobie anime i azjatyckie kino, muszę przyznać że jestem pod wrażeniem i miło na anime popatrzeć. Także "Nausicaa z Doliny Wiatru" otrzymuje ode mnie ocenę 8/10.

Dopiero teraz, mając prawie 28 lat obejrzałem to dzieło sztuki japońskiego anime. I co najważniejsze – nie było żadnego wątku miłosnego między Ashitaką a San. Każdy wolał pozostać po swojej stronie – nie przytulili się, nie całowali czy nie wpadli sobie w ramiona. Bardzo dobrze, nie każda animacja musi mieć w sobie wymuszony romans czy tani sentymentalizm. A przesłanie czy strona wizualna są zdecydowanie ponadczasowe.