Jedno muszę przyznać – dobre zdjęcia nocne, bez większych szumów, z ładnie podkręconymi kolorkami. Za to +1 do oceny.
Jednak cała reszta ledwo przypomina fabułę. Postacie nijakie lub antypatyczne, historia zmierza donikąd jakby była dopisywana na bieżąco, żarty suche jak wiór, a emocji i szaleństwa w tym mniej, niż w wieczorku bingo.
Ojciec przechodzący załamanie traci wiarę w sens swej pracy, utrzymywanych relacji, ich szczerość i postanawia na jakiś czas się od nich odciąć powoli tracąc możliwość przyzwoitego powrotu.
Świetna rola Cranstona, ciekawy portret człowieka. Szkoda tylko, że nie pociągnięto historii dalej – urwano ją w momencie który najbardziej mnie ciekawił.
Ekipa techniczna i reżyser się spisali, ale scenariusz to czysta głupota rodem z SyFy channel – nijakie postacie, absurdalnie bezsensowny plan czarnego charakteru, wszędobylski fart bohaterów pakujących się w problemy w najgłupszy możliwy sposób, postać od gagów po prostu irytuje. Pozostanie w pamięci kilka ładnie nakręconych scen ataków oraz głupoty deklasujące słynne "Alan!" (nęcenie ogonkiem i ucieczka przed lawą to idealne materiały na memy).
Przynajmniej nie nazywają już tego "Jurassic Park".
Dość typowy sensacyjniak, ale ogląda się przyjemnie, zwłaszcza że czuć w nim słabość do motoryzacji (w przeciwieństwie np. do kolejnych "Szybkich i wściekłych", czy "Redline")
Bill Hader i absurdalność pomysłu cyngla wykonującego swoją robotę i odnajdującego pasję do aktorstwa na kursie trzymają przy ekranie. Sęk w tym, że twórcy nie chcą robić sit-comu, a humor i dramatyzm serialu gryzą się wzajemnie. (obejrzany sezon 1)
Równie nieokrzesany i zabawny w tonie absurdalnym i koszarowym co część pierwsza (zresztą kilka gagów się powtarza), jednak dla odmiany efektowniejszy, spojony ciekawszą fabuła i w końcu z ciekawymi przeciwnikami. Nic tylko załączyć dubstep i jazda!
Wiele rzeczy mogło pogrążyć ten projekt – zestawieni postaci typowo komediowych z tymi bardziej dramatycznymi w takiej ilości to nie lada wyczyn. Fabuła filmu do wymagających raczej nie należy, ale całemu projektowi przyświecały wielkie ambicje zawiązania najważniejszych wątków i postaci z 20 filmów w jednym, satysfakcjonującym dziele rozrywkowym, które będzie ukoronowaniem tej drogi. I o dziwo – udało się! Znalazło się miejsce i na dramat, i na humor, i na spektakularne sceny akcji, jak i na momenty wyciszenia pokazujące postaci z krwi i kości.
"Infinity war" jest tym dla MCU, czym "Imperium kontratakuje" było dla "Gwiezdnych wojen" – świetną, emocjonującą kontynuacją wprowadzającą wiele świeżych elementów i sprawiającą, że będziemy wyczekiwać kolejnych części tej historii z zapartym tchem. Oby tylko kolejna część nie stała się dla serii "Powrotem Jedi"!
O ile pierwszy sezon nie był najlepszy, a Tillowi brakowało charyzmy i uroku R.D.Andersona, to jednak był w tym pomysł na odświeżenie serialu, wprowadzenie niezłego wątku głównego i ładne zamknięcie sezonu. (6,5/10)
Drugi sezon to już zwykłe "NCIS: MacGyver" dla dzieciaków, pozbawione ciekawej klamry i z dramatycznie infantylnymi opisami miejsc akcji (wiedziałem że oglądam głupi serial, ale przypominanie o tym co parę minut irytuje). (4/10)
Niekompetencja załogi nie byłaby tak zabawna, gdyby w pierwszych minutach filmu nie powtarzano jak mantry "pamiętajcie o procedurach".
Scott dezerteruje z wątku inżynierów i próbuje odtworzyć gęstą atmosferę z "Obcego" – niestety w karykaturalny sposób, bo zamiast starcia inteligentnych ludzi z bystrą bestią pokazuje rzeź nieostrożnych wycieczkowiczów w kolejnych atakach nadaktywnych stworków. Dla Scotta liczą się tylko androidy i tylko na nich skupia swoją uwagę. Zamiast horroru z ambicjami powstał kolejne campowe guilty pleasure ze świetną stroną techniczną i fabułą rodem z SyFy channel.
Początki Lary Croft – tym razem obdarzonej brawurą i charyzmą Alicii Vikander. Więcej łagodnego survivalu, niż magicznych artefaktów, ale plądrowania grobowca również nie zabraknie. Udany restart, ale większy rozmach w kontynuacji byłby wskazany.
Proszę czekać…