Lekki, przyjemny musical, w finiszu wyciskacz łez, poprowadzony świetną muzyką Abby i charyzmą młodej Lilly James przebojowo wchodzącej w buty Meryl Streep. Co prawda nie dorównuje pierwszej części, wątek z Cher jest całkiem zbędny, a spora część piosenek powraca, ale i tak z chęcią obejrzę ponownie.
PS. Jest krótka scena po napisach.
Ciekawy pomysł, przyjemny seans, tylko od pewnego momentu wątki układają się nieco zbyt fartownie dla bohaterów, przez co film jest po prostu letni.
Jedno muszę przyznać – dobre zdjęcia nocne, bez większych szumów, z ładnie podkręconymi kolorkami. Za to +1 do oceny.
Jednak cała reszta ledwo przypomina fabułę. Postacie nijakie lub antypatyczne, historia zmierza donikąd jakby była dopisywana na bieżąco, żarty suche jak wiór, a emocji i szaleństwa w tym mniej, niż w wieczorku bingo.
Ojciec przechodzący załamanie traci wiarę w sens swej pracy, utrzymywanych relacji, ich szczerość i postanawia na jakiś czas się od nich odciąć powoli tracąc możliwość przyzwoitego powrotu.
Świetna rola Cranstona, ciekawy portret człowieka. Szkoda tylko, że nie pociągnięto historii dalej – urwano ją w momencie który najbardziej mnie ciekawił.
Ekipa techniczna i reżyser się spisali, ale scenariusz to czysta głupota rodem z SyFy channel – nijakie postacie, absurdalnie bezsensowny plan czarnego charakteru, wszędobylski fart bohaterów pakujących się w problemy w najgłupszy możliwy sposób, postać od gagów po prostu irytuje. Pozostanie w pamięci kilka ładnie nakręconych scen ataków oraz głupoty deklasujące słynne "Alan!" (nęcenie ogonkiem i ucieczka przed lawą to idealne materiały na memy).
Przynajmniej nie nazywają już tego "Jurassic Park".
Dość typowy sensacyjniak, ale ogląda się przyjemnie, zwłaszcza że czuć w nim słabość do motoryzacji (w przeciwieństwie np. do kolejnych "Szybkich i wściekłych", czy "Redline")
Bill Hader i absurdalność pomysłu cyngla wykonującego swoją robotę i odnajdującego pasję do aktorstwa na kursie trzymają przy ekranie. Sęk w tym, że twórcy nie chcą robić sit-comu, a humor i dramatyzm serialu gryzą się wzajemnie. (obejrzany sezon 1)
Równie nieokrzesany i zabawny w tonie absurdalnym i koszarowym co część pierwsza (zresztą kilka gagów się powtarza), jednak dla odmiany efektowniejszy, spojony ciekawszą fabuła i w końcu z ciekawymi przeciwnikami. Nic tylko załączyć dubstep i jazda!
Wiele rzeczy mogło pogrążyć ten projekt – zestawieni postaci typowo komediowych z tymi bardziej dramatycznymi w takiej ilości to nie lada wyczyn. Fabuła filmu do wymagających raczej nie należy, ale całemu projektowi przyświecały wielkie ambicje zawiązania najważniejszych wątków i postaci z 20 filmów w jednym, satysfakcjonującym dziele rozrywkowym, które będzie ukoronowaniem tej drogi. I o dziwo – udało się! Znalazło się miejsce i na dramat, i na humor, i na spektakularne sceny akcji, jak i na momenty wyciszenia pokazujące postaci z krwi i kości.
"Infinity war" jest tym dla MCU, czym "Imperium kontratakuje" było dla "Gwiezdnych wojen" – świetną, emocjonującą kontynuacją wprowadzającą wiele świeżych elementów i sprawiającą, że będziemy wyczekiwać kolejnych części tej historii z zapartym tchem. Oby tylko kolejna część nie stała się dla serii "Powrotem Jedi"!
O ile pierwszy sezon nie był najlepszy, a Tillowi brakowało charyzmy i uroku R.D.Andersona, to jednak był w tym pomysł na odświeżenie serialu, wprowadzenie niezłego wątku głównego i ładne zamknięcie sezonu. (6,5/10)
Drugi sezon to już zwykłe "NCIS: MacGyver" dla dzieciaków, pozbawione ciekawej klamry i z dramatycznie infantylnymi opisami miejsc akcji (wiedziałem że oglądam głupi serial, ale przypominanie o tym co parę minut irytuje). (4/10)
Proszę czekać…