5/10 – Nie wiem czy to moja niechęć do Rocka, Azjaty z Kac Vegas i Baya, czy też może rzeczywiście nie do końca wykorzystana szansa na dobrą, czarną komedię sensacyjną. Przypominająca "Trudne sprawy", łopatologiczna narracja 5 osób z offu irytowała mnie chyba nawet bardziej, niż podobno autentyczna głupota bohaterów.
Wszystkie polskie serwisy uczepiły się, że to nowy plakat, a tymczasem to grafika promocyjna do wykorzystania na licencjonowanych produktach :)
Ogólnie operator miał tendencję do "przefiltrowania" zdjęć, może stąd wynika takie wrażenie.
Las nie był studiem, to Nowa Zelandia. Nie było też studia w klasycznym sensie, na potrzeby różnych scen zbudowano w lesie dwie chatki.
https://www.youtube.com/watch?v=MfQhHepIj4k
Premierę w USA przesunięto na 27 listopada, prawdopodobnie polska data również ulegnie zmianie.
6/10 – Subtelność z jaką ten film oferuje widzowi wzruszenia można porównać do uderzenia kijem bejsbolowym po nerkach, lub okropnego "Blind Side". Na szczęście "42" stoi na o wiele wyższym poziomie realizacyjnym i aktorskim. Wiadomo, że to materiał który ma za zadanie przypomnieć oscarowej Akademii o istnieniu Harrisona Forda, jednak dla mnie o wiele bardziej fascynujący był krótki występ Alana Tudyka.
Znany z "Firefly" aktor ma tutaj do zagrania, wbrew swojemu empoi, totalnie jednowymiarową postać najbardziej czarnego charakteru w całym filmie. Bezbłędnie, jakby od niechcenia wywiązuje się z tego zadania, nie popadając przy tym w karykaturę i nie potrzebując sztucznych brwi. A skoro już jesteśmy przy sztucznych brwiach, rola Forda jest trudna do jednoznacznej oceny, cały czas balansuje on na granicy naturalnej kreacji i popadającego w śmieszność przerysowania. Chyba za bardzo starał się pokazać, że nie jest jedynie aktorem jednego typu roli, przez co czasami ma się wrażenie, że przeszarżował.
Nie dziwię się, że poza sukcesem kasowym w amerykańskich kinach, film doczekał się dystrybucji na zaledwie kilku rynkach kinowych. To nie był mój pierwszy film o baseballu, a nadal nic z niego nie rozumiem :)
A dlaczego Niepamięć i Elizjum to "te same filmy"? Pod względem fabuły wydają się zupełnie inne, a klipy pokazują niepodobny do Kosinskiego styl kręcenia (krwawo, ze stylizacją na kamerę z ręki).
7/10 – Dziwaczna mieszanka komedii sensacyjnej, thrillera i fantastyki. Chyba mi się podobało, choć nie wszystkie pomysły znajdowały się na równym poziomie. Zdecydowanie najlepsza jest ta najpoważniejsza historyjka z Dillonem, tuż za nią niewiele gorszy epizod z Brendanem Fraserem. Najmocniej odstaje początkowa, głupawa historyjka z Paulem Walkerem, która może nieco odstraszyć widzów. Największe plusy dla Matta Dillona i Vincenta D’Onofrio którzy idealnie wyczuli konwencję.
2/10 – Ten film był naprawdę przerażający. Jest przerażającą porażką w budowaniu napięcia, uwiarygodnienia zdarzeń i postaw bohaterów, jak i finałowej konkluzji. "Magia" posiada wiele niezamierzenie śmiesznych momentów, na czele z Michaelem Cerą który popada w autoparodię nie potrafiąc odnaleźć się w roli dziwacznego geja. Posiada też niesamowitą ilość momentów zapychających fabułę jak przykładowo niekończąca się scena skoku do wody. Ten film potrafi znużyć i niezamierzenie rozśmieszyć, za to na pewno nie potrafi trzymać w napięciu.
Aż trudno uwierzyć, że twórcą tego dzieła jest Sebastian Silva, odpowiedzialny za wyróżnioną wieloma nagrodami, w tym nominacją do Złotego Globu ’Służącą". "Magic, Magic" to rzecz tylko dla fanów wdzięków Juno Temple, która pokazuje się tutaj nago z prawie każdej strony.
Właściwie nie wiadomo czym "Magia" chciałaby być. Analizą obłędu? Ponosi totalną porażkę. Krytyką wiary w zabobony? Finałowy wątek jest wzięty, za przeproszeniem, z pięknego tyłka Juno Temple, to trochę za mało. Krytyką głupoty młodych ludzi? Tutaj również mamy tylko lekkie ślizganie się po temacie. Thrillerem? Nie rozśmieszajcie mnie.
5/10 – Przeciętna biografia jednej z najsłynniejszych gwiazd porno, całość ratują świetne kreacje aktorskie. Amanda Seyfried jest naprawdę dobra jako przesympatyczna, ale równie naiwna i głupiutka dziewczyna wciągnięta w świat pornografii, a Peter Sarsgaard dotrzymuje jej kroku, jeśli nawet nie wyprzedza, jako psychopatyczny mąż. Do tego przez ekran przewija się solidny drugi plan, gdzie na wyróżnienie zasługują Sharon Stone i Robert Patrick jako rodzice głównej bohaterki (naprawdę ciężko rozpoznać tutaj symbol seksu lat 90-tych), oraz James Franco w energetycznym epizodzie w roli Hugh Heffnera.
Jednak specyficzna konstrukcja fabuły, polegająca na skakaniu po różnych wydarzeniach, a często ukazywaniu ich z kompletnie różnej perspektywy nie pomaga filmowi. Brakuje tutaj żelaznej dyscypliny montażysty i lepszego zaplanowania prezentowanych wątków. Lovelace i tak w ostatecznym rozrachunku wychodzi na bardzo standardowy film biograficzny z krzepiącym zakończeniem, więc na pewno nie zaszkodziłaby mu standardowa konstrukcja.
Twórcy zdecydowali się pominąć wątki zoofilii w życiu Lindy Lovelace, w celu takiej a nie innej konstrukcji postaci, zbudowania sympatii na linii główna postać-widz. Sami musicie ocenić czy to dobrze czy źle. Na pewno niezłym pomysłem było pokazanie wątków pornograficznych w mocno komediowym zabarwieniu, a uczynienie dramatu z ich skutków.
Proszę czekać…