U mnie film kompletnie nie wytrzymał próby drugiego seansu, skończyło się na przewijaniu do najciekawszych fragmentów, co znowu skończyło się stwierdzeniem, że ten film nie ma fragmentów do których chciałbym wracać.
Po okropnym prologu odzierającym film z całej tajemniczości oryginału i wprowadzającym w całkowicie realny świat jakąś odrealnioną sektę, następuje nieumiejętne zawiązanie akcji. Alvarez kompletnie nie potrafi zbudować napięcia towarzyszącego zbliżaniu się do miejsca nieuchronnej śmierci. U Raimiego mamy bardzo sprawne zbudowanie wkraczania do świata magicznego, wszystkie znaki na czele z dziwacznie machającymi wędkarzami, dziurawym mostem i wspaniałą sceną wjeżdżania na polanę z rytmem wystukiwanym przez huśtawkę są zapowiedzią czegoś okropnego. W remake’u po prostu przyjeżdżają.
Jeszcze bardziej boli mnie to o czym wcześniej wspominałem, każda scena z oryginału jest przetworzona nieumiejętnie, na czele z odczytaniem zaklęcia. Oceniając poza wersją z 1981 roku obrazowi brakuje indywidualnego błysku, rozpoznawalnego stylu, zapadających w pamięć scen. Finałowy pojedynek, w zamierzeniu sekwencja z największym zadatkiem na kultowość, zostaje położony przez kompletnie ślamazarnego przeciwnika przed którym starczyłoby uciec piechotą. Jakże marnie wygląda to coś przy 3-metrowym drzewnym potworze z finału Martwego zła 2.
Według mnie jest to przede wszystkim efekt zmęczenia amerykańskiej widowni Deppem grającym po raz kolejny Jacka Sparrowa.
5/10 – Przeciętny film, naprawdę dobre było jedynie cameo Jasona Stathama, tylko i wyłącznie dla niego obejrzę siódmą część. Mam wrażenie, że dawno nie oglądałem tak głupiego obrazu, ale byłbym w stanie to wybaczyć. Gorzej, że sekwencje akcji (gorsze niż w piątce) przeplatane są fatalnie napisanymi, ciągnącymi się scenami które nieudolnie silą się na luz, śmieszność lub podkreślanie rodzinnych wartości.
Kiedy w końcu twórcy zauważą, że między Tyresem Gibsonem a Ludacrisem nie ma żadnej chemii, a obaj panowie nie mają ani odrobiny talentu komediowego w swoich przyprawiających o ból zębów scenkach? A i naprawdę w 2013 roku ktoś jeszcze stosuje scenariuszowy wybieg z amnezją? Myślałem, że ten motyw umarł w zasłużonych męczarniach po artystycznej klęsce Spider-Mana 3. Wraz z żenującą, serialową czołówką pojawiającą na początku filmu, całość ma posmak popołudniowej telenoweli.
No może jednak nie "dawno", ale od 3 tygodni :)
Obejrzałem jedynkę i jakoś tak poszło :)
8/10 – Sylvestrowi wreszcie udało się powrócić do prostych emocji które były największą siłą pierwszej części. Kameralna opowieść o godnym starzeniu i zamknięciu wiecznie otwartych rozdziałów swojego życia, okazała się najlepszym sequelem Rocky’ego. Świetne zakończenie, dobrze, że do filmu nie weszło te alternatywne, które byłoby jednym krokiem za daleko.
5/10 – Próba powrotu z pełnej blichtru konwencji dwóch ostatnich części do bardziej przyziemnych rejonów jedynki. Nieudana, relacja mistrz i uczeń przechodzący na ciemną stronę mocy mogła być interesującym pomysłem na pociągnięcie serii ale Tommy Morrison kompletnie nie sprawdza się jako aktor. Dobry czy zły, pozostaje widzowi tak samo obojętny.
4/10 – Prawdziwa kwintesencja kiczu lat 80-tych, film tak mocno osadzony w swojej epoce, że aż w trosce o pamięć i historię powinien być umieszczony w jakimś muzeum. Jednak dla mnie była to dawka zbyt duża, wiele minut przypomina teledysk mający wypromować określone piosenki. Sceny w której Stallone podnosi bohaterów załadowanych w bryczkę, albo końcowe przemówienie i reakcja na nie ze strony czerwonych, to zdecydowanie zbyt wiele. Najgorsza część.
8/10 – Bardzo dobra kontynuacja, nawet nie wiem czy nie lepsza od dwójki, ale jest to film nadal o klasę gorszy od jedynki. Stallone poszedł mocniej w stronę filmu akcji, jakby wiedząc, że nie stworzy już scenariusza tak pełnego pasji i potu na zapisanych kartkach jak przy jedynce. Rocky jest jakby znowu sympatyczniejszy, a nawet zdarza mu się rzucić jakąś ciętą ripostą. Podobało mi się, że Rocky musi wrócić do korzeni po zostaniu popkulturową zabawką, podobały proste jak drut, a zarazem przekonujące motywacje Rocky’ego, Creeda i Mr. T. Podobało, że "Ogier" dla odmiany zmierzył się z naprawdę wrednym typem, a nie poczciwcem w stylu Creeda. Zabawne, że Apollo przez cały film jest "staruszkiem" a w prawdziwym życiu Carl Wheaters jest 2 lata młodszy od Stallone’a.
7/10 – O klasę gorzej, to taki sequel po którym dostrzegasz jak dobry był oryginał. Gdzieś znika sympatyczna prostota a pojawiają się wątki odrobinę telenowelowe. Przy tym Rocky nie jest już poczciwcem, a głównie zwykłym tępakiem, ale sytuację ratuje druga połowa filmu i ogólny dystans Stallone’a do własnej wody sodowej.
Proszę czekać…