3/10 – Potwornie męczący seans. Kolorowy teledysk wypełniony bardzo szczątkową fabułą, z setką różnych papierowych bohaterów w 50 różnych lokalizacjach. Po jakimś czasie film kompletnie przestał mnie obchodzić, karuzela trochę zwalnia gdy pojawia się Willis ze swoimi standardowymi w ostatnich latach, skrzywionymi minami ale nawet nie chce mu się ratować tego filmu. Ciężko się w tym połapać bez znajomości świata zabawek/komiksów, obejrzenie pierwszej części niewiele pomaga, jeszcze większy chaos wprowadzają retrospekcje i murzyn-mentor-ninja z białymi brwiami. Modliłem się o koniec.
7/10 – Headshot za headshotem, wybuch za wybuchem, strzelanina za strzelaniną. To byłoby świetne drinking game, wychylać kielonka za każdym razem kiedy ktoś dostaje w głowę, sądzę, że trzeba byłoby mężnie przyjąć koło 40. Dodatkowo, tego typu sceny, w przeciwieństwie do większości efektów specjalnych w tym filmie są wykonane całkiem nieźle, a ludzie nie są balonikami z powietrzem.
Nie będę ukrywał, że świetnie bawiłem się na tym filmie, po wstępie który mówi nam dokładnie tyle ile powinniśmy wiedzieć, zaczyna się akcja która trwa nieprzerwanie do samego końca. Butler jest postacią która zdobywa bezwarunkową sympatię widza (dawno już nie miałem tak szerokiego uśmiechu zadowolenia na filmie akcji jak przy scenie z "dowcipnym kolegą"), ma ten rodzaj charyzmy który pozwala wypowiedzieć najmarniejszy dialog i wziąć udział w najbardziej przesadzonej akcji (takiej jak np ta finałowa). Jest tutaj parę głupot, jest przynajmniej jedna scena tak żenująca, że aż zrobiłem się purpurowy ze wstydu za wszystkich którzy nakręcili ten film (Melissa Leo i jej przysięga), plan terrorystów jest szyty bardzo grubymi nićmi, ale Foqua potrafi tchnąć życie w ten przeciętny scenariusz i udanie gra na bardzo prostych emocjach.
Trudno jeszcze ocenić w tej jakości, ale na razie wygląda to wszystko na przeładowane przeciętnym CGI, taśmowe SF.
5/10 – Nie pamiętam tego filmu z dzieciństwa więc jestem zmuszony ocenić go bez różowych, nostalgicznych okularów. Najwięcej mówi o nim ta ciekawostka z Imdb: " During the script-writing process, science fiction author Joe Haldeman and director Stuart Gordon clashed on the vision of the film. Halderman wanted a dramatic, serious science fiction film. Gordon however wanted to liven it up and use stereotypes. In Haldeman’s word’s, "I would try to change the science into something reasonable; Stuart would change it back to Saturday-morning cartoon stuff. I tried to make believable, reasonable characters, and Stuart would insist on throwing in clichés and caricatures. It was especially annoying because it was a story about soldiers, and I was the only person around who’d ever been one." As they were saying their goodbyes to one another, Gorden pinpointed the problem. He said "Joe, our problem is that you’re writing a movie for adults that children can enjoy, but I’m directing a movie for children that adults can enjoy!"
I taki to właśnie film, dla dzieciaków oczekujących na niedzielną jajecznicę na śniadanie, pobudzający ich wyobraźnie do kontynuacji turnieju przy użyciu swoich zabawek-robotów. Szkoda, że mamy jedynie dwie walki, na początku i na końcu filmu, szkoda, że scenariusz niezbyt wykorzystuje również resztę wątków. Zarówno kryzys Gary’ego Grahama jak i wątek ze szpiegiem mogłyby być rozegrane ciekawiej, zakończenie również nie przekonuje w sytuacji gdy reszta filmu kreśli raczej jasne dla młodego odbiorcy, jednowymiarowe postacie. Daję 5/10, ale film po raz kolejny pokazał jak ciekawa i w pewien sposób nieszablonowa jest filmografia Stuarta Gordona z drugiej połowy lat 80-tych.
Wygląda dziwnie, już dla wielu Air Force One jest filmem dość propagandowym a tutaj zdaje się, że Emmerich osiągnął nowy poziom w robieniu twardziela i kowboja z amerykańskiego prezydenta. Możliwe też, że zwiastun został zmontowany tak aby jak najbardziej odróżniać się od "Olympus Has Fallen" który miał być tylko "tym mniejszym filmem o Marsie" a stał się nieoczekiwanym przebojem amerykańskich kin.
Z każdym filmem coraz gorsi twórcy pracują nad tą jeszcze do niedawna prestiżową serią. Teraz nawet nie postarano się o scenarzystę z jakimkolwiek doświadczeniem (bo jakoś nie wierzę w w to, że to wielki talent który zwali nas z nóg swoim tekstem).
W sprawach takich jak ten pomnik zawsze fascynuje mnie to, że projekt przeszedł pewnie przez tyle organów, od urzędników po artystów, ale nikt nie miał odwagi krzyknąć "przecież to wielka wagina!".
Do zakonu nigdy bym nie wstąpił a stamtąd najchętniej nigdy nie wychodził :)
Właśnie pamiętałem tylko górę :)
Proszę czekać…