7/10 – Na początek warto byłoby odwołać się do porównania powstałej 4 lata po tym filmie remake’u Martina Scorsese – "Infiltracja". Zadanie to dość trudne, bo oba filmy stoją na podobnym, wysokim poziomie. Jednak, gdybym miał osądzać chyba lepszą wersją okazałaby się "Piekielna gra". Film Scorsese’a jest za to bardziej rozrywkowy i łatwiejszy w odbiorze. Pierwowzór jednak oferuje widzowi pokaźną dawkę napięcia i szoku (im bliżej zakończenia). Trochę denerwowały mnie ckliwe momenty (np. po zabójstwie pracodawcy Keunga) z jeszcze bardziej ckliwszą muzyczką w tle.
Powiew świeżości –
Gatunek komedii romantycznej to gatunek jednocześnie połyskujący i zakurzony. Połyskujący dlatego, że wciąż cieszy się sporym powodzeniem wśród współczesnych widzów, oferując im przelewającą się schematyczność i landrynkowość. A czemu "zakurzony"? Ano dlatego, że jak daleko sięgam pamięcią, dawno nie powstał film z tego kanonu, który chociaż przez moment oderwałby się z wszystkich tych sztampowych elementów.
500 dni miłości to debiut reżyserski pana Marca Webba, który dotychczas kręcił teledyski i wideoklipy. Debiut tak dobry, że można spokojnie go przyrównać z pierwszorzędną robotą Tarantina przy Wściekłych psach czy chociażby Powrotem Zwiagincewa.. Ale może pójdę w innym kierunku. Film Webba to odstąpienie od wszelkich standardów, schematów, obowiązujących dotychczas we wszystkich miłosnych komedyjkach. Już na samym początku filmu nawet sam narrator ogłasza, że nie będzie to historia miłosna…

Krótko o fabule. Główny bohater, niejaki Tom (świetny Joseph Gordon-Levitt), jest typem romantyka, melancholika, który wciąż oczekuje na swoją idealną "drugą połówkę". Wychowany został na brytyjskich piosenkach i złej interpretacji Absolwenta Nicholsa. Ma 20 lat i pracuje pisząc życzenia do kartek. Pewnego dnia w pracy pojawia się piękna Summer (bardzo dobra Zooey Deschanel), w której Tom bezgranicznie się zanurza. Razem tworzą wręcz zdjęcie z obrazka. Jednak Summer nie wierzy w miłość… I tutaj zaczynają się schody.
Webb, jak napisałem, obalił wszystkie możliwe stereotypy związane z tym gatunkiem. Reżyser całkowicie zmienia punkt widzenia – odwraca rolę. Zamiast rozhisteryzowanych dam mamy tutaj Toma, chłopaka, który bardzo emocjonalnie przeżywa wszelkie nieporozumienia i kłótnie z Summer. Chłopak idealizuje dziewczynę, przy tym cały czas jest przekonany, że to ta jedyna, pisana właśnie mu. Marc jednak rozwiewa jego mit. Czyni to w sposób humorystyczny z zachowaniem dobrego smaku. Dużo tutaj także odwołań do kina, poczynając od fragmentów Absolwenta, po Annie Hall (podobieństwo charakterów Summer i Annie jest niebywałe!) czy krótką parodie filmów Bergmana (Persony i Siódmej pieczęci).

Film Webba to swoisty manifest na propagowane przez media gotowe wzorce zachowań. W filmie pojawia się scena, w której zdesperowany Tom porzuca pracę, której nie lubi, wygłaszając przy tym monolog o faszerowaniu nas, odbiorców mass-mediów zalewem sztucznych, kolorowych i nic nie znaczących gotowych "odpowiedzi" na wszystko. Właśnie te elementy niszczą nasze ideały, którymi powinniśmy się kierować, a podsuwają gotowe schematy postępowania. Reżyser tym samym uświadamia nam, że poprzez te sztywne ramy tracimy naszą zdolność racjonalnego myślenia, naszą uczuciowość i romantyczność. Jednak Webb nie skreśla uczucia jakim jest miłość. Twierdzi, że jest jak najbardziej możliwa (żaden tam Święty Mikołaj!), ale na drodze przebytych doświadczeń.
500 dni miłości jak na film o stosunkowo niskim budżecie sprawdza się nad wyraz dobrze. Aktorzy zostali bardzo dobrze poprowadzeni, ich postacie długo zapadają w pamięć. Na ekran ani przez chwilkę nie wkradła się sztuczność ani pretensjonalność. Szczególnie dobrze wypadł Gordon-Levitt, którego dotąd mało widziałem na ekranie, a w tym filmie przekroczył samego siebie. Stworzył nietypowego melancholika, który ciągle szuka miłości. Rola ta przyniosła mu nominację do Złotego Globa i szkoda, że zabrakło nominacji do Oscara. Także dobór piosenek pozostaje w moich oczach niezwykle trafny. Rytmiczne, wpadające w ucho sprawiają, że mamy niekiedy wrażenie, że oglądamy jeden wielki teledysk. Rzadko się zdarza, że twórcy decydują się "wstawić" utwory klasyczne (tutaj The Smiths czy Simon & Garfunkel) w naszych czasach, gdzie króluje bezmózgi hip-hop i inne Dody i Lady Gagi…
Twórcy tego cudownego filmu udowadniają, że można w sposób przejrzysty opowiedzieć historię miłosną, bez jakiś zapierających dech w piersiach krajobrazach w tle, całej gamy światowych gwiazd i multum postaci. Jedynie dobry smak, inteligencja i niezwykłe poczucie humoru wystarczą by w sposób niebanalny opowiedzieć historię romantyczną. Z wdziękiem i gracją! Tylko film i aż tylko!
PS. Publikuję wcześniej zamieszczoną reckę na forum w razie jakiś pytań, sugestii etc.
8/10 – Cudny film! Piękny, subtelny, wzruszający (scena odwiedzin w szpitalu umierającej Emmy), momentami zabawny (przejażdżka Garreta i Aurory). Po tak pozytywnym seansie jestem w stanie przymknąć oko na przesłodzenie niektórych scen (stąd tyle gwiazdek). Świetne ukazane relacje rodzinne, różne zachodzące metamorfozy bohaterów. Żywy, naładowany uczuciami, emocjami, bardzo nastrojowy obraz rewelacyjnie zagrany (aż 4 osoby z obsady były nominowane do Oscara; dwójka otrzymała statuetki).
Przepiękny temat muzyczny: http://www.youtube.com/watch?v=YnxfDuxaRzA
Powstała także kontynuacja obrazu: http://fdb.pl/film/508-czule-slowka-ciag-dalszy
7/10 – Film zrealizowany za liche półtora miliona zielonych szokuje, skłania do refleksji i przede wszystkim stawia pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Został on oparty na autentycznych wydarzeniach jakie rozegrały się w latach 60. (opisane w artykule "New York Timesa").
Bohaterem filmu jest neonazista, antysemita, jednak wszechstronnie wykształcony, oczytany. Wprowadzenie takiego typu postaci zaskutkowało wieloma ciekawymi scenami polemik, wymiany poglądów i przemyśleń na temat otaczającego nas świata. Zachęcam do zapoznania się z tym dość kameralnym filmem Henry’ego Beana, laureata nagrody festiwalu Sundance. Chociażby dla świetnej roli Ryana Goslinga!!
> Trophy o 2010-04-22 13:31 napisał:
> Nie słuchaj go, tylko śmiej się z tego. Prawda jest taka, że jeżeli miałabym się
> przejmować każdym imbecylem, to w ogóle bym nie zaglądała do internetu, ba, w
> ogóle bym z domu nie wychodziła, bo wszędzie ich pełno.
I tu jeszcze można by przywołać słowa Stanisława Lema – "Dopóki nie użyłem internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów…" :)
"Ostatnich lat"? :) A kultowy to na pewno! Podobno w USA organizowany coroczny festiwal poświęcony Kolesiowi i tematyce filmu.
Świetnie sprawdził się ostatnio w polskiej wersji "Odlotu" (podłożył głos głównemu bohaterowi) i równie dobrze wypadł wraz z innymi "dziadkami" w "Ostatniej akcji".
Szkoda…
Tak naprawdę wolę, żeby Bay kontynuował tę serię aniżeli powtarzał te same kolorowe rozpierduchy a’la "Transtormersy. Jestem na tak!
Bardzo cenię sobie stopklatkę za obszerne artykuły, analizy, masę konkursów, wywiady (Yola Czaderska-Hayek to przecież klasa sama w sobie!), jednak portal ten jako baza filmowa nie sprawdza się ni jak. Również szata graficzna też za bardzo tam mi się nie podoba – wiele elementów niepotrzebnie schowanych w zakładkach, a równie dobrze mogłyby zapełnić tę pustą, białą przestrzeń.
Wszystkie części dostępne są między innymi na: allegro ( http://www.allegro.pl/search.php?us_id=90645&string=Angelika&fb=1 ) czy dvdmaxie ( http://www.dvdmax.pl/dvd/szukaj?szukaj=angelika&gdzie=tytul ).
Proszę czekać…