Najlepiej jakby porzucili ten projekt, bo 'rimejkowanie' coś za bardzo ostatnio nie wychodzi…
Czemu przymiotnik nasz wziąłeś w cudzysłów?
A poza tym to od stawiania zniczy są chyba cmentarze, chyba że coś się zmieniło?
4/10 – Debiut Woody’iego Allena to film nietypowy. Wyciął on z japońskiego filmu akcji (trzeba przyznać, że mocno kiczowatego, do którego wykupił wszelkie prawa), podłożył swoje dialogi i vua la! Niestety tylko część ze wspomnianych dialogów jest śmieszna, przemyślana i ironiczna. Reszta to zlepka absurdalnych pomysłów reżysera, które przyszły mu do głowy. Brak żadnej fabuły, ale to nawet podkreśla sam Woody, kiedy to zapytany o to czy może naświetlić ją, odmówił.
Nieudana satyra… – Sam reżyser tego projektu, Kaurismäki mówił o swoim dziele, że jest to "zemsta na panu Stallone, który w jego mniemaniu jest dupkiem". Nie wiem czy panowie poznali się bliżej, czy po prostu Kaurismäki wywnioskował to oglądając z nim filmy.
Jeżeli ktoś miałby ochotę poświęcić 9 minut na zapoznanie się z tą krótkometrażówką to podaję link:
http://www.youtube.com/watch?gl=PL&hl=pl&v=Fv3U_bB_-jE
Mi jakoś do gustu nie przypadła… Bardziej mnie rozśmieszył występ Jima Carrey’a parodiującego Balboę. Tutaj link: http://www.youtube.com/watch?v=Fh1ghJDHpgU&feature=related
10 lat to nic :) Taki "Gabinet doktora Caligari" został wyprodukowany w 1920 roku, a na polskie ekranu wszedł dopiero w lipcu zeszłego roku. Podobnie "Annie Hall", kilka filmów Chaplina (a wśród nich "Dyktator"), "400 batów", "Bonnie i Clyde", "Zabriskie Point", "Butch Cassidy i Sundance Kid" (premiera polska w maju).
Coś coraz czarniej widzę ten projekt…
7/10 – Przyjemny, leciutki film. Nicholson jako Melvin skojarzył mi się jakoś z postaciami z filmów Woody’iego Allena. I nie chodzi tutaj tylko o umiejscowienie fabuły w Nowym Jorku, ale o jego temperament, podobny do tego Nowojorczyka – oboje są strasznymi neurotykami i ekscentrykami, sami komplikują sobie “zabiegi” miłosne.
Niby całość podana w romantycznej oprawce, jednak z grubsza tego się nie czuć. Zostaje zatuszowane to wszystko szeregiem komicznych scen z dziwactwami (scena w restauracji i tekst “Co apetyt większy nisz nosy?” powiedziany do Żydów mnie totalnie rozwalił :)) Na pewno na uznanie zasługuje cała plejada aktorska, a szczególnie dwójka głównych bohaterów, wcześniej wspomniany Nicholson i Helen Hunt. Fajnie też wypadli Greg Kinnear jako zagubiony artysta i oczywiście jego agent – Cuba Gooding Jr.
Wydaje mi się, że "Avatar" może właśnie zostać zapamiętany, przebić tą granicę zapomnienia, podobnie jak inne obrazy reżysera ("Titanic" czy dwie części "Terminatorów"). O rewolucji w kinie bym polemizował, ale na pewno jest to krok naprzód w rozwoju technologii.
A poza tym kłótnie są pozytywnym zjawiskiem (oczywiście jeżeli przyjmą formę walki na argumenty), jakby na to nie patrzeć. Zawsze tutaj robi się ciekawiej na forum :)
Od szczegółów i spoilerów w tym wątku może rozboleć głowa… :)
Nein! Nein! Nein!
Proszę czekać…