5/10 – Strawna papka z podstarzałym Waynem. Jedyne co wyniosłem z tego klasycznego westernu to końcowe ujęcie Johna na koniu i powolne oddalenie kamery. Chociaż same zakończenie wyglądało tak jakby twórcom zabrakło taśmy filmowej. Przyczepię się jeszcze do dialogów i owego "humoru". Scenarzysta filmu musiałbym wyjątkowym drętwiakiem!!
4/10 – Zdaję mi się, że po takich sukcesach (kasowych ma się rozumieć) jak "Sin City" czy "300" Frank Miller przeliczył swoje możliwości i przypuszczam, że nie wiedział o czym chce zrealizować film. Objawia się to w straszną niespójność i chaos w wielu scenach. A może taki właśnie miał być film? Strona techniczna niezła to trzeba przyznać, ale raczej "Sin City" bije ją na głowę.
4/10 – Harris próbuje swoich sił, realizując western, ściśle trzymając się gatunkowych sprawdzonych schematów. I nawet mu to wychodzi. I tak wyszło pasmo spektakularnych strzelanin, pościgów, ale niestety to już wiele razy było i za bardzo oryginalnością nie wieje. Szkoda… bo po takiej obsadzie można spodziewać się wiele i po tych czterech gwiazdkach nadanych przez "FILM" :)
3/10 – Craig może i Bondem jest niezłym, ale w roli Żyda w dramatycznej sytuacji się nie sprawdza. Aż się prosi o wzbogacenie filmu o jakieś bardziej wyraziście nakreślone postacie i wątki, by podkreślić napięcie związane z ukrywaniem się tak dużej liczby ludzi w białoruskich lasach.
3/10 – Niezła komedia. Taka westernowa wersja "Matrixa" – koleś-kowboj w locie oddaje serię strzałów, kilka kul go przy tym trafia, ale kij z tym, leci dalej, leci, leci, przeładowuje broń i cały czas leci i leci… :) Poza tym dość nieostre zdjęcia, kamera cały czas lata w nieładzie.
6/10 – Nawet, nawet. Sceny batalistyczne trochę chaotycznie zrobione, dość stłumione przez muzykę, ale odróżniają się od bezmyślnej napierdzielanki ukazanej na przykład z w spielberowskim "Szeregowcu". Patos? Może i był, ale za to bardzo ładnie zatuszowany. Za to niestety przerysowane postacie i zakończenie, które najwyższych lotów niestety nie było.
6/10 – Złe to na pewno nie było. Solidnie odrobiona praca domowa- porządnie nakręcona ekranizacja porządnej książki (wezmę się kiedyś za resztę powieści Palahniuka). Jakieś między wierszami przetaczają się niewielkie inteligentne i niepoprawne frazy, choć brakuje im wyrazistości czy rozmachu. Podobał mi się nawet Rockwell w roli Victora, chyba najlepiej oddał cechy towarzyszące mu z książki z całej obsady.
8/10 – Coś niezwykłego, niepowtarzalnego, niezmiernie tajemniczego, dość kameralnego i klimatycznego. Obraz z nagromadzonym napięciem większym od niejednego cenionego dreszczowca. Ta zmysłowość, subtelność wmieszana w skromną intrygę sprawia, że cała nasza uwaga wędruje drogami tytułowej bohaterki aż do samego zakończenia. A samego finału (szczególnie tego ostatniego perfektywnego ujęcia) nie powstydził by się sam Kubrick czy Antonioni.
7/10 – Minimum słów, dużo obrazków i gestów, a to wszystko w połączeniu z przepięknymi plenerami pustyń i zdjęć, których od dłuższego czasu tak dobrych nie widziałem dają hipnotyzujący efekt. Dualizm ujęć – dynamiczne, które pojawiają się w różnego rodzaju kłótniach, scenach miłosnych, ucieczce Porta czy obserwowanie go cierpiącego i te powolniejsze świetnie oddają "duchotę" tamtych lat. Do tego wielokrotnie nagradzana muzyka podkreśla te cechy. Ucieczka bohaterów w poszukiwaniu miłości zmienia się w poszukiwanie własnego "ja". Dużo elementów umownych czy też symbolicznych, szczególnie pod koniec obrazu. Bertolucci? Trzeba będzie kiedyś się jego twórczości przyjrzeć bliżej.
6/10 – Ben Affleck? Naprawdę ten drętwiak to wyreżyserował? Nie ma co – sprawny debiut. Może nie jest do końca takim drewniakiem? Dam mu chyba jeszcze jedną szansę. Duże nadzieję pokładałem w Caseym po mistrzowskim występie w "Zabójstwie Jesse’ego…". Ale chyba czar ten prysł. Tutaj bowiem zagrał co najwyżej "przekonywająco".
Proszę czekać…