Fiflakowe "Rydwany ognia". Powtórka z odcinka o Alanie "kij wam w oko". Kiedy zaczął wrzeszczeć, to brzmiał podobnie jak Brad Pitt wrzeszczący o skalpowaniu nazistów w "Bękartach wojny". Końcówka w klimacie "Lśnienia".
Jeden z lepszych odcinków czwartego sezonu. Kolejna osoba z familii Berty – Naomi, "światło jej życia, aniołek, który przysiadł na penisie żonatego faceta". Fiflak znowu fiflakowaty. Świetne dialogi. BTW Brawo dla Elżbiety Gałązki-Salamon za tłumaczenie "Dwóch i pół". Genialna robota (jak przy "Pulp Fiction").
Jak Charlie mógł związać się z kopią własnej matki (fizycznie i psychicznie podobne do siebie jak diabli). Wredny babsztyl. Na szczęście Berta w ripostach dała jej radę. Spotkanie Lydii i Evelyn było jak spotkanie dwóch Lucyferów. "Jedyna różnica polega na tym, że z jednej wyszedłeś, a…"
Irytujący chytry fiflak znowu w akcji. Powrót doktora Melnicka. Fajnie, bo to jedna ze śmieszniejszych postaci. Przy Alanie i Charliem przestaje być poważny. I dobrze.
"- Kto się lepiej zna na dziewczynach? – Warren Beatty, Bill Clinton, Rosie O’Donnell." Pies Alana i Kandi wyglądał jak koń. A może to był koń? Adwokat szakal obleśny.
Charlie podrywający foczki, używający zakurzonej deski, tłukący szyby, uciekający przed rekinem i idący na kawkę z gejem komiczny. "- Co to? – Woda. – Oszalałeś? O mało się w tym nie utopiłem!"
Przyznaję, że brutalność zaskakująca (wyrwanie Alanowi ramienia). Steven Tyler w epizodzie rewelacyjny, zwłaszcza z tym kapelutkiem na głowie.
Deja vu, czyli spłukany fiflak znowu wtarabanił się do Charliego. Zero zaskoczenia. Alan w depresji… komiczny. Wiem, że to okropnie brzmi, ale tak to wyglądało.
"Powiedziałem jej, że się żenię z Mią i nagle zauważyłem jak przestają działać leki." Mamy z Rose takie samo zdanie o Mii (narzeczonej Drinkensteina). Dobre zakończenie sezonu.
Biedny właściciel pralni w koreańskiej dzielnicy. I… znowu ta okropna Mia. To nie na moje nerwy. Jeszcze Jake udający ziomala. Średniawka.
Proszę czekać…