Odcinek taki sobie. Zakochany Jake, to nie moje klimaty. BTW Wybrał w sklepie świetną koszulkę z czaszką (uwielbiam takie stylówy). 💀
Uśmiechający się Alan jest creepy. Coraz bardziej dochodzi do niego, że (cytując Bertę) jego laska ma IQ gumofilca. Jake śpiewający "Bohemian Rhapsody" to dla mnie coś strasznego.
Sojusz Kandi i Judith – po Kandi z ptasim móżdżkiem można się spodziewać wszystkiego, ale Judith z tą swoją złośliwością jest żałosna. Kevin Sorbo zaliczył tu fajny komediowy epizod.
"Jej głowa jest jak puszka z dwoma grzechoczącymi kamykami." – Uwielbiam teksty Berty. Kandi ze swoimi też przezabawna. Schizy Charliego z meblami świetne.
Postać Kandi jest świetna, a Alan to skończony naiwniak i "jest spłukany jak łysa bladź na deszczu". Berty mogę słuchać w nieskończoność (uwielbiam ją).
Odcinek ma konkretny motyw przewodni, ale przy dialogach Alana i Charliego, czy wątku chłopaka Rose, odchodzi gdzieś na bok.
"- Pozwalasz mu używać blendera? – W nadziei, że kiedyś zrobi mi margaritę." Rose w tym odcinku świetna. Jej chłopak Gordon też. Bardzo dobre dialogi.
Mia jest koszmarna. Biedny Charlie – nie może sobie w spokoju zapalić cygara, zjeść steka i… musi się psikać leśnym Pronto.
Kolejny odcinek z planowaniem skonsumowania związku Charliego i Mii. Gdyby nie Kandi, to byłoby kiepsko, a tak wleciało trochę humoru.
Niestety powrót Mii. Kandi wypadła o wiele lepiej. Biedny Charlie w celibacie. "Za bardzo cię szanuję, żeby chodzić na panienki." 😏
Proszę czekać…