Niesamowita kolekcja fanki – I jednocześnie zapowiedź dokumentu o fanach "Martwego zła" który pojawi się w 2015 roku. Nie mogę się doczekać!
http://www.youtube.com/watch?v=KvFWm2WsSjc
6/10 – Podobają mi się morały płynące z tego filmu: rezygnacja z młodzieńczych marzeń nie musi oznaczać życiowej porażki, dorosłe życie i praca to początek a nie koniec, nic nie jest dane na zawsze, także przyjaźń i trzeba się cieszyć tym co jest tu i teraz, życie znajomych widziane na portalach społecznościowych wcale nie musi być takie różowe itp itd…
Ale wszystkiemu brak jakiegoś pazura, a na pewno brak w tym Woody’ego Allena. Film przypomina raczej ciąg scenek połączonych luźną fabułą, szkoda, że parę fajnych motywów, pomysłów i scen nie znalazło oparcia w lepszym ciągu przyczynowo-skutkowym. Na wielki plus świetna Greta Gerwig i ścieżka dźwiękowa z wbijającym się w głowę "Modern Love" Davida Bowiego które towarzyszy napisom końcowym i najlepszej scenie filmu z tańcem w centrum miasta.
PS. Po namyśle ocena idzie w górę do 7/10, ten film jednak coś w sobie ma.
Ten zwiastun próbuje jakby nadać głębi psychologicznej temu filmowi, ale robi to z przeciętnym skutkiem.
Właśnie coś czuję, że Long będzie się stawał "coraz bardziej morsem", co w sumie byłoby ciekawym zmierzeniem się z klimatami w stylu Cronenberga. Dla mnie byłoby to kompletne zaskoczenie, bo na samym początku spodziewałem się po prostu dziwacznego komediodramatu z dziwacznym dziadkiem Parksem i Longiem w absurdalnym kostiumie pluszowego morsa.
Long jeszcze nie jest taki straszny, a Rodriguez mam nadzieję, pojawi się tylko dla ozdoby. Bardziej obawiam się tego, że Kevin Smith wcale nie czuje horrorów, "Red State" zapowiadane i promowane przez samego autora jako horror to było takie "ni to pies ni wydra", tak jak powyżej widnieje "ni to człowiek ni mors".
2/10 – Robert Rodriguez nie oddziela już świata "Małych Agentów" od swojego "dorosłego kina" serwując podobnie żałosny typ humoru, tyle, że w innej kategorii wiekowej. Dodatkowo jest to często humor nieświeży, wyraźnie odgrzewany: muzyczka z pornola w odpowiednich momentach, Sofia Vergara uzbrojona niczym Tom Savini w "Od zmierzchu do świtu", Machete don’t cokolwiek, szeryf William Sadler i jego pomocnik skonstruowani niczym przewijający się przez filmy Tarantino szeryf Michael Parks i jego syn, zabawy jelitami… To wszystko już było.
Rodriguez zajęty celebrowaniem głupot i absurdów zapomina, że jego cenione zgrywy powstałe w latach 90-tych cieszyły się jako taką konsekwencją fabularną, scenariuszem który nie był jedynie podporządkowany mnożeniu gagów i świetnymi dialogami mistrzowsko operującymi przekleństwami. Aż trudno uwierzyć, że ten sam człowiek zrobił "Od zmierzchu do świtu" i serię o ’Maczecie". Trudno nawet uwierzyć, że ten sam człowiek zrobił "The Faculty" i "Maczetę". Widocznie kapelusz przegrzał mu mózg, albo został podmieniony przez występującego tutaj La Camaleona.
Wspaniały film. To jeden z tych obrazów na które patrzysz z niekłamanym podziwem, bo sam nakręciłbyś dokładnie tak samo każdą jego sekundę. Chciałem dać pierwsze 10/10 dla nowego filmu od jakichś 3 lat, ale postanowiłem, że jednak najpierw ochłonę. To chore być tak szczęśliwym na tak ponurym filmie, wątpię czy w tym roku zobaczę coś lepszego (Wyścig? Don Jon? Zniewolony? Adela?).
Wszystko tutaj miażdży, reżyseria (idealne prowadzenie filmu), scenariusz (zawsze idealnie potrzebne dialogi nie sprawiające wrażenia teatralnych przemów), zdjęcia,, montaż, Jackman, Gyllenhaal, Dano…
Minusy? Małe. Jackman dający się podejść jak dziecko w jednej ze scen, Bello która jeszcze nie otrząsnęła się po Mumii 3, Leo po raz setny jadąca na autopilocie, może "Lucky Loki". Ale ostatnia scena wynagradza mi wszystko.
9/10
6/10 – Albo komiksowe superprodukcje całkiem mi już spowszedniały, albo robię się już za stary, bo ta taśmowa opowiastka spłynęła po mnie niczym po kaczce podanej na asgardzkiej uczcie. Kilka wątków które mogły ciekawie pociągnąć ten film (dwuletnia rozłąka, trójkąt miłosny, trójkąt ojciec i dwóch synów), nie doczekało się solidnego rozwiązania lub też zostało złożonych na ołtarzu z sucharów. Praktycznie każda scena przepełniona jest dowcipasami, dowcipami i dowcipkami, jako, że spośród 800 podanych na tej złotej tacy zaledwie kilka może spowodować reakcje mięśni twarzy (przedpokój i superbohaterskie cameo) całość zaczyna dość szybko irytować tak jak nosowy głos Kat Dennings.
Trudno jednak wymagać trzymania w napięciu od filmu który nawet finałową walkę musi przerwać slapstickowym dowcipem (Thor i Pan Zły Elf zjeżdżający po szybie), trudno wykrzesać z siebie emocje, gdy w założeniu najbardziej emocjonującej scenie pogrzebu film zajmuje się avatarowymi świecidełkami i można wręcz wyczuć błaganie o powrót do dowcipów, co zresztą następuje dość szybko bo już po następnym montażowym cięciu. Nawet jeśli nie zadziała na was cios błazna, to błazen poprawi z drugiej strony (goły Skarsgard! pocałunek!).
Na osobny akapit zasługuje Natalie Portman, moja ulubiona aktorka daje tutaj popis…żenady. Kolejny raz potwierdza się, że Natalka świetnie czuje się w dramatach, ale nie ma zbytniego talentu komediowego. Chociaż jak tak patrzę na pańszczyznę Hopkinsa to jednak zastanawiam się czy to może nie wina scenariusza lub braku zaangażowania.
Plusy? O wiele lepsze efekty specjalne niż w jedynce, szczególnie projekt Asgardu, pójście w stronę He-Mana w kreacji świata przedstawionego (eh nie trzeba już kręcić He-Mana), oraz parę mimo wszystko udanych gagów.
O wiele lepszy zwiastun niż ten który wyciekł w nagraniu z kina, wreszcie cała opowieść łapie monumentalny oddech, a nie sprawia wrażenie benefisu stacji Hallmark.
Mam wrażenie, że ich genialny odcinek o Walking Dead był szczytowym osiągnięciem po którym doszli do ściany. Filmik powyżej też jakby słabszy, powtarzający wyświechtane przez ostatnie pół roku motywy.
Proszę czekać…