6/10 – Komedia romantyczna w wykonaniu Kevina Smitha? Czemu nie. Reżyser ze sprawy jakoś wybrnął, ale nie do końca zadowolił moje wymagania względem tej historyjki.
Dużo tutaj niestety niestrawnego lukru, cukru, landrynek i innego rodzaju wazeliny, która daje o sobie znać szczególnie pod koniec filmu. Strasznie mało soczystych dialogów, jakiś odniesień do innych filmów (tutaj tylko gadka o jakimś serialu "Zagubionych" była). Brakuje również sprawdzonych postaci z poprzednich filmów Smitha – Jaya i Cichego Boba czy nawet Randala i Dantego. Szkoda, że nawet żadnej wstawki nie poświęcono im.
Ogólnie warto sięgnął, da się naprawdę przyjemnie spędzić czas. Jednak film wymięka w porównaniu do wcześniejszych obrazów reżysera. Czekam na rehabilitację…
+7/10 – Allen naśladuje Bergmana?
Kolejny po bardzo dobrym "Wrześniu" dramat w reżyserii Nowojorczyka, bardzo dojrzały i głęboki. Tym razem Woody przedstawia nam historię kobiety – Marion, mogłoby się wydawać całkowicie spełnionej. Przeprowadzony zostaje coś w rodzaju katharsis, oczyszczenia bohaterki. Musi zmierzyć się ona ze swoimi odwiecznymi lękami, frustracjami i odpowiedzieć na pytanie "Czy jest szczęśliwa?". Do tego reżyser wrzuca innych losy kilkorga intelektualistów. Na naszych oczach zmienia się ona w całkowicie odmienną kobietę… W sumie można pokusić się o tezę, że postać Marion to alter ego samego Allena.
Dość eksperymentalny to obraz. Trochę można powiedzieć – europejski. Długie ujęcia, powolne ruchy kamery, stosunkowo niewiele przybliżeń. Tego jeszcze w filmach Allena nie było. Podobno Woody pragnął, by jego film klimatem bliki był dziełom jego idola- wcześniej wspomnianego Bergmana, chciał zatrudnić aktorkę Liv Ullmann. Ograniczył się jedynie do szwedzkiego operatora – Svena Nykvista, który wykonał kawał dobrej roboty.
Warto zwrócić uwagę na świetnie skomplementowaną ekipę aktorską. Świetny duet stworzyli Gena Rowlandsa i jej filmowy małżonek – Ian Holm.Nie popełnili oni bodaj ani jednego błędu, ani jednego fałszywego ruchu podczas ich kłótni czy dyskusji. Żałuję, że Woody tak mało scen poświęcił Hackmanowi i Farrow.
Siódemka z bardzo dużym plusem.
Robociki kontratakują!! – Nie zawiodłem się. Dostałem to co oczekiwałem, czyli przede wszystkim Megan Fox w obcisłych dżinsach i masę typowego bayowskiego patosu, a co z tym się wiążę falę nielogiczności. Czyli na to wychodzi, że z panem Bayem jest wszystko ok :)
Sceny walki to tragedia. Szczególnie ich montaż. Roboty latają w powietrzu, tłuką się, strzelają, a wszystko dzieje się w zawrotnej szybkości i aby coś z tego wszystkiego zrozumieć trzeba by oglądać te fragmenty na zwolnieniu. Mówię serio. Takiej chaotycznej papki dawno nie widziałem.
Ogólnie to wyszedł film bardzo nierówny. Zdarzały się momenty, na których bawiłem się przednio (np. scena z seksowną lala-transformers), a zaraz potem wszystko to runęło, po wprowadzeniu nachalnego humoru (roboty bliźniaki) czy udziwnień typu Optimus z laską.
4/10
Jakiś czas temu także zauważyłem problem i miałem to zgłosić.
A odchodząc od tej sprawy. Możecie mi powiedzieć czy tylko ja mam ten problem, kiedy próbuję wejść na profil jakiegoś użytkownika to strona odwołuje mnie do strony na przykład filmu? Przykład chcę zajrzeć na profil usera @ Xmena. Klikam i jestem na stronce filmu Singera.
http://fdb.pl/film/86497-invictus/temat/22197-muzyka-bdzie-zapewne-poruszajaca
Coś podobnego http://fdb.pl/szukaj/users?query=hellraiser
Czy to tylko moja przeglądarka głupieje?
5/10 – Strawny, całkiem przyjemny film grozy.
Od pierwszych minut film skojarzył mi się z legendarnym już "Cosiem" Carpentera za sprawą klimatu przytłoczenia i niemożnością ucieczki (w obu przypadkach lokalizacje akcji w gruncie rzeczy podobne). Niestety z biegiem czasu film (po kulminacji, jaką stanowi uliczna masakra) traci porcje napięcia i przestaje wciągać. Można by zarzucić reżyserowi i ekipie operowanie sprawdzonymi trickami, które niejednokrotnie pojawiały się w podobnych shlasherach czy nawet to, że krew wygląda tutaj jak sok z czarnej porzeczki. Jednak film dostarczył mi rozrywki i to nawet niezłej. Lekki humor i zero chaotyczności sprawiły, że seans był udany, co się nie często zdarza przy współczesnych pseudo wazeliniarskich horrorach.
+7/10 – Eastwood kolejny raz nie zawodzi. Intrygująca opowiastka o zdawałoby się niemożliwej przyjaźni dwóch odmiennych charakterów podana w starym, dobrym stylu. Świetnie poprowadzona aż do finału, którym podobnie jak "Madison Country" wywołał u mnie niewyobrażalną fale wzruszenia. Końcówka to chyba największy atut filmu. Dziadziuś Clint zna się na rzeczy. Do tego niezła, żywiołowa kreacja Costnera i oczywiście jego małego kompana w podróży po stanie. Postaci kilka bym wywalił (taką Laurę Dern, no bo po co tu i ona?), może parę dialogów. Nie przypadło mi do gustu ten momentami wysilany humor (szczególnie wśród postaci w otoczeniu szefa Reda), ale i tak jak najbardziej warto sięgnąć!
Masterpiece! – Orgazm? Tak, był i to chyba nawet większy niż za pierwszym razem. Ponad trzy godziny zleciały niewyobrażalnie szybko i mało tego, miałem ochotę na więcej. Od czego by tu zacząć ten króciutki komentarz? Może od reżyserii, cokolwiek ona oznacza? Wszystko jest dograne w najmniejszym calu. Bohaterowie wymieniają spojrzenia, toczą rozmowy praktycznie o rzeczach mało znaczących, szukają odpowiednich kandydatów na obrońców, wszystko to trwa ładną chwilką, a to wszystko przy wspaniale dobranej i skomponowanej nutce Hayasaka. Cała akcja toczy się niezmiennym rytmem, co pozwala nam poznać obyczaje panujące w wiosce i charaktery samurajów. Jest jedna taka scena, w której bodaj Mifune przedstawia samurajów w nie najlepszym tle, jakoby mieli być jeszcze gorsi od łajdaków, napadających na wioskę.
Czy film można nazwać prekursorem kina akcji? Nie wiem. Wprawdzie toczą się tu jakieś skromne walki, szczególnie pod koniec filmu, zlepione w jeden ciąg. Akcja nie jest tu najważniejsza, widz oczekuje tego co się stanie z naszymi bohaterami po jej zakończeniu. Mógłbym się przyczepić do jakiś pojedynczych, w miarę trochę irracjonalnych zachowań (np. zbiorowy lament) czy kilku niepotrzebnych, nic nie wnoszących wątków. Tylko po co? Nie przeszkadza to w odbiorze filmu. Liczy się efekt na końcu. "Na tej ziemi wieśniacy zwyciężyli, nie my" i to ostatnie ujęcie. Masterpiece!
10/10
5/10 – I to ma być ten surowy, mocny, zapadający w pamięć dramat? Mogło wyjść z tego coś ciekawego, ale reżyser upchnął do niego za wiele swoich pomysłów. I tak, mamy tutaj romansik z sekretarką, wizyty sąsiadów, sprawę z psychicznie chorym, ciążę, kłótnie o głupoty a do tego wszystko w niechronologicznej, pozamienianej kolejności. Winslet nie taka genialna jak to się śmiało twierdzić, zdecydowanie bardziej podobał mi się występ Shannona. Ogólnie nie rozumiem tego całego podniecania się twórczością Mendesa. Udał mu się jeden film (American Beauty) i wielkie halo…
"Mein Führer! I can walk!" – Nie ma słów by opisać tą genialną komedię. Ani trochę się nie zestarzała, nawet jest jeszcze bardziej aktualny dzisiaj wobec tych wszystkich międzynarodowych konfliktów i zagrożenia bronią masowego rażenia. Wciąż śmieszy, intryguje co i przeraża swoim absurdem. I po raz kolejny Kubrick udowadnia, że żaden gatunek nie jest mu obcy. Znakomite role Scotta i Sellersa i ostatnia sekwencja z wybuchającymi bombami przy utworze "We’ll Meet Again" to absolutny majestrzyk. Nie potrafię wskazać jakiś słabszych stron filmu, ani doszukać się jakiś błędów czy niedociągnięć.
Szkoda, że nie dowiedziałem się tego wcześniej. Tak to na pewno zostawiłbym film w spokoju i sięgnął dopiero po nadrobieniu zaległości w serialu. Miałem nadzieję, że twórcy stworzą nową, odrębną historię. I niestety chybieniem uważam rozłożenie akcji filmu w czasie zaledwie dwóch godzin. Ale nic… żyje się dalej :)
Trzymaj się!!
Proszę czekać…