8/10 – Piękny… Zachwycający… Fascynujący… A z drugiej strony odpychający. Wizja jaką stworzył debiutujący tym filmem Andrew Niccoli jest niezmiernie zastraszająca, niepokojąca i kto wie może nawet możliwa do zrealizowania. Stworzył on niejednoznaczny obraz o chęci spełnienia swoich marzeń, o miłości, która nie zna granic, stawiając przy tym pytania związane z wykorzystaniem inżynierii genetycznej i segregacją społeczeństwa na lepszych i gorszych. Do tego te wspaniałe zdjęcia naszego rodaka, ta niezwykła muzyka… Piękne… Po prostu piękne…
6/10 – Film, który nie popełnił błędów podobnego tematycznie "Katynia". Opowiedziany bardzo dokładnie, bez żadnych sztuczek, gwałtownych zwrotów akcji, skupia naszą uwagę na charyzmatycznym Nilu (dobra rola Łukasiewicza). Można by czepiać, że Bugajski operuje bardzo podobnymi środkami co w "Przesłuchaniu", ale mało teraz dzieł, które odznaczałyby się tak solidnym wykonaniem. Z drugiej jednak strony Polacy mogli by czasem nakręcić coś niezwiązanego silnie z historią…
4/10 – Nieco sztampowa produkcja, od której aż wieje przestarzałymi zagrywkami gatunkowymi. Duża dawka bezmyślnej brutalności, przemocy nie zszokowała mnie. Zabrakło większej porcji napięcia, choć muszę przyznać, że miejscami film ocierał się o nie. Bezmyślność bohaterów, ich irracjonalne zagrania, durnowate dialogi za to mnie mocno drażniły. I do tego ta ostatnia scena – przegięcie pały… Mam nadzieję, że pierwowzór Cravena zaprezentuje troszkę wyższą klasę…
6/10 – Pełna sentymentalizmu opowieść, typowo hollywoodzka, powoli odkrywająca przed nami szufladki z tajemnicami z dobrymi kreacjami aktorskimi. Tak pokrótce można opisać film twórcy "Godzin". Temat Holocaustu poruszany był nie raz, ale obraz mnie wyjątkowo przyciągnął, może dlatego, że odstąpił od typowych schematów. Działania zbrodniarzy musiały ustąpić miejsca tematowi nieszczęśliwej miłości. Parę małych dygrestycznych zagrań, trochę bijącej po oczach nielogiczności… ale to trwałe, solidne kino. Nieco specyficzne i na pewno poruszy serca wrażliwych kinomanów.
I 100 % zeszłorocznych Oscarów! Oł je! :)
5/10 – Kolejny film Allena, który zawodzi na całej linii. O ile wcześniejszy "Sen Kasandry" potraktowałem dość łagodnie, to teraz nie będę miał skrupułów zjechać ten obraz. Wydaje mi się, że Woody niepotrzebnie wyjeżdża ze swojego ukochanego Nowego Jorku i szuka szczęścia na"obczyźnie". Filmowi brak klimatu, także mikroskopijna ilość charakterystycznych jak na Allena dialogów czy uroku postaci. W ogóle reżyser straszliwie popędza akcję, wprowadza bardzo chaotyczną, nieudolną narrację czy omija jakieś wydarzenia wspomniane przez narratora. W połowie filmu miałem niemały dylemat – zastanawiałem się, czy naprawdę Woody wyreżyserował to "monstrum". Sam nie wiem za co te pięć gwiazdek… Mam nadzieję, że to żaden kryzys w twórczości reżysera.
Allen absurdalnie – Jedna z najśmieszniejszych komedii w dorobku Allena. Absurd goni tutaj absurd. Masa świetnych gagów, błyskotliwych dialogów, które długo posiedzą mi w głowie. Wszystko wykonane z należytą gracją i dystansem. Woody nawiązuje do ery kina niemego (głównie filmów Chaplina) i ważniejszych filmów science fiction (w tym do Kubrickowskiej "Odysei"). Zaskakująco film utrzymał uniwersalną wymowę, na pewno nie zestarzał się i co najważniejsze powoduje podobne bóle brzucha porównywalne z oglądaniem popisów Monty Pythona. Plus wspaniała ścieżka dźwiękowa, skomponowana wspólnie z reżyserem, ten nowoorleański jazz to jednak coś.
Ulubione teksty:
Monroe: Mózg? To przecież mój drugi ulubiony organ!
Monroe: A co z moimi znajomymi?
Dr Melik: Nie żyją od blisko 200 lat…
Monroe: Ale przecież wszyscy jedli ryż organiczny!
Luna: Przestań! Drżysz jak osika.
Monroe: A jak mam drżeć?
Monroe: Mój ojciec był czarny, a matka biała. I vice versa
Luna: Powiedz mi jak to jest być przez 200 lat nieżywym
Monroe: Hmm… Coś jak weekend w Beverly Hills
Luna: W takim razie w co wierzysz?
Monroe: W seks i śmierć. Dobrze, że choć po śmierci nie ma się mdłości.
Luna: Aż trudno uwierzyć, że przez 200 lat pościłeś.
Monroe: 204. Łącznie z małżeństwem
Monroe: Jestem zwolennikiem prac ręcznych. Nie lubię ruchomych części, które nie należą do mnie.
Luna: Wierzę, że coś tam na górze nad nami czuwa.
Monroe: Ale niestety jest to rząd…
7+/10
6/10 – I kolejny zeszłoroczny obraz, który napatoczył się na wielką falę krytyki. Wielkie osiągnięcie to nie jest, przyznaję, ale tak świetnie opowiedzianej wizji antyutopijnej w kinie dawno nie widziałem. Przejrzyście i nawet nie trącąc o monotonnie reżyser przedstawia nam tragiczne skutki, ogrom wyrzeczeń, jakie niesie za sobą masowa utrata wzroku, natychmiastową przemianę społeczeństwa i wdzieranie się zwierzęcych, pierwotnych instynktów. Świetny materiał na dyskusje, chwilę refleksji. Nie zaprzeczam – mniejsze, większe potknięcia były. Może czasem fabuła się gubiła, ale nie schodziła na pewno do poziomu głupot, wyssanych z palca. Do tego naprawdę dobre zdjęcia.
Warto sięgnąć.
4/10 – Na pewno nie moja działka! Nie moje to klimaty!
Strasznie mdły, przejaskrawiony film, który kurczowo trzyma się typowych schematów gatunkowych. Kompletny brak wyważonego tempa akcji, ani idącym za tym emocji czy uczuć. Obraz Dibba jest złożony z masy wątków, które można by podciągnąć, dużo się przewija tu postaci, wydarzeń, a mimo tego niestety te wszystkie elementy nie przyciągają naszej uwagi, ja przynajmniej przeszedłem obok obrazu bardzo obojętnie, żeby nie powiedzieć chłodno. Sprawę w jakieś części ratuje dobrze dobrana, nastrojowa muzyka czy kostiumy. No chociaż tyle… Zawsze coś…
5/10 – Całkiem przyjemny seans i niemałe zaskoczenie.
Opowiedziana historyjka ma ręce i nogi, trzyma dość równe tempo i po jakimś czasie nawet w jakimś stopniu wciąga. Można by film skrócić – wywalić z niego wątki m.in. ten melodramatyczny a skupić się na samym śledztwie dziennikarskim i tym samym dołożyć do "pieca" trochę napięcia. Przydało by się także trochę luźniejszych dialogów, trochę humoru. I jeszcze samo zakończenie – dość ubogie jak na tak dobrze poprowadzony kryminał.
Pomimo tego wszystkiego (jeszcze zapomniałem wspomnieć o duecie spaślaka Crowe’a i robo Afflecka! au!) jednak nie zawiodłem się. Nie jest to jakieś wielkie dokonanie, ale fani gatunku nie powinni wybrzydzać.
4+/10 – Chyba każdy się tutaj ze mną zgodzi – druga część serii o dokonaniach profesorka Langdona prezentuje wyższą klasę aniżeli "Kod". Mamy tutaj już jakąś konsekwencje wydarzeń, jest pewna logika, choć może to trochę wyolbrzymienie i co najważniejsze zmieniono fryzurę Hanksa z jakiś loków, z którymi biegał w "Kodzie" na coś mniej rażącego w oczy :) Jednakże mi to wszystko nie wystarczyło. Nie doszukałem się tutaj także nic szokującego ani skandalizującego, za co Watykan miałby dostawać wypieków na twarzy.
Ron Howard spadł trochę w moich oczach po tak zdumiewająco dobrym zeszłorocznym obrazie "Frost/Nixon". Także dobrze wspominam "Apollo 13" czy "Piękny umysł"… Może facet powinien zająć się tym działem, filmami opartymi na faktach, jakimiś biografiami.
No teraz tylko czekam na część trzecią. Mam nadzieję, że wgryzą się Rydzykowi do tyłka…
Proszę czekać…