Emmanuelle na pewno wyróżnia się motywem przewodnim, ujęcia też są niezłe, jeśli chodzi o styl to erotyk z takiej wyższej półki. Natomiast fabuła.. cóż, priorytetem jest jak najwięcej pokazać, zamiast opowiedzieć. Nuda. A może po prostu przesłanie mi gdzieś uciekło?
Obiektywnie absolutnie przeciętny, trapiony wieloma problemami, ale.. mnie zainteresował. Historia napisała dobrą bazę pod scenariusz.
Wejście Jack’a Nicholson’a bardzo ożywia ten film. Pierwsze minuty – chociaż nudzą – to (w zamyśle reżysera?) stanowią kontrast dla późniejszej transformacji kobiet. Pomijając wstęp, nawet wciągnęła mnie ta historia. Nie wiedziałem w którą stronę to pójdzie, "nadchodzące zło" zwiastowane przez żonę redaktora intrygowało mroczniejszym tonem. [SPOILER] Szkoda, że finał był bliżej jakiegoś fantasy niż horroru. [/SPOILER]
[SPOILER] Tak samo zawiodłem się (chociaż podczas oglądania podświadomie) na przejściu z "kochamy Jack’a" do "musimy coś z nim zrobić". Sekwencja (śmierć i choroby) była za krótka żeby przynajmniej u mnie zmienić nastawienie, Jack jest zbyt charyzmatyczny. [/SPOILER]
Poza zbliżeniami na paszczę Godzilla wygląda zaskakująco nieźle. Ogólnie jestem pozytywnie zaskoczony – przede wszystkim poważnym tonem filmu. Muzyka (chociaż nieco powtarzalna) też robi robotę.
Tylko (i aż) solidny film. Zabrakło efektu "wow", i to sceny z początku najbardziej zapadły mi w pamięci, później nie było tak widowiskowo. Kończyły się już pieniądze? Gdzie się podziało te 100 milionów dolarów? Deklaracja niepodległości to raczej był rekwizyt :)
Główną rolę gra tu Kim Darby, a nie John Wayne. Na plakatach reklamowych widocznie za dobrze to nie wyglądało, a w rzeczywistości (ta lepsza) pierwsza połowa filmu trzymała się na jej występie. Dobrze napisana rola bardzo pomogła, Kim Derby daleko do wybitnej aktorki.
Ciekaw jestem jak wyszedł remake.
Gdyby nie kilka durnot psujących klimat to byłby naprawdę niezły film. No to po kolei.
Film otwiera scena akcji która trwa 15 minut. Nic nie wiadomo jeszcze o bohaterach, nie było momentu żeby zbudować jakieś przywiązanie emocjonalne, a już wszyscy strzelają się i zabijają (a w tym całym bałaganie jest jeszcze Predator).
Później 'King Willie'. Fajnie poprowadzony wątek, napięcie zbudowane, tylko co z tego kiedy okazuje się że ta postać została tragicznie obsadzona. Nie wiem czy to tylko moje odczucie, ale twarz Calvin’a Lockhart’a kompletnie nie pasowała do tej roli.
[SPOILER] A na koniec perełka – predator mówiący "motherf***er".[/SPOILER] Uśmiałem się niesamowicie, tekst prawie do końca seansu wybił mnie z tego poważnego "obcy z kosmosu poluje na naszej planecie" tonu.
A co mi się podobało? Miejsce akcji (Los Angeles), postacie poboczne (z wyróżnieniem Bill’a Paxton’a), brak przesadzonego chronienia bohaterów przez scenarzystę.
Efekty specjalne i dźwięk absolutna topka. Nawet taki drobny detal jak wiatr wiejący w tle, przy rozmowie zrobił na mnie wrażnie. W dobrych kinach, jeszcze przy premierze to musiało być doświadczenie.
Jakbym się nie zachwycał oprawą audiowizualną, film poległ na każdym innym froncie. Całościowo to takie 6/10, do końca obejrzałem dopiero za drugim razem. Wad jest zbyt dużo żeby je tu wszystkie wymieniać, ale najgorsze jest to, że film po prostu nie chwyta za serce. Tak płascy, napisani bez polotu bohaterowie to zmora kina.
Chciałbym się zachwycić jak Chemas. Jedno, że to nie mój typ humoru, ale nawet (na ile mogę) obiektywnie – w pierwszej połowie wieje nudą. Jest jedna lepsza scena [SPOILER] z pijaną księżniczką, a reszta nie przebija dowolnego średniaka. [/SPOILER] Dla mnie film "zaczyna się" od zjadu na nartach i później już trzyma poziom.
Film ma lepsze momenty, ale to dalej kino aż za bardzo 'familijne'.
Proszę czekać…