Oglądało mi się to lepiej niż niejedną komedię, tylko końcówka jest za mocna. Świetne teksty.. i scenariusz! Może i ostro do przesady, ale w kinie jest miejsce na wszystko.
Wizualnie prezentuje się dobrze (momentami świetnie), ale to jedyny element jaki mogę pochwalić z czystym sumieniem. Reszta – w porównianiu do tego co robią za granicą – leży. I to nie dlatego, że zabrakło wybuchów, efektów specjalnych, czy bardziej ogólnie – pieniędzy. Tajemnicą jest dla mnie dlaczego żaden polski aktor nie zagrał na poziomie, a przecież przewinęła się plejada najbardziej rozpoznawalnych postaci. A może tego scenariusza nie dało się uratować?
Jaka szkoda że to poszło w "romans"! Na tym froncie wypada średnio, ot jeszcze jedna historia o nastoletniej miłości, a film jest świetny (szczególnie na początku) pod każdym innym względem. Michelle Rodriguez idealnie pasuje do roli "tough girl", z czym chyba każdy się zgodzi. Jeszcze warto wspomnieć o muzyce, bo wyróżnia się ponad przeciętność.
Również uważam, że nie do końca wyszło to połączenie, elementy fantasy raczej do ziewania niż zachwytów, może i ładnie to wygląda ale brakuje emocji. Z jednej strony rozumiem dlaczego scenariusz nie mógł kompletnie odjechać, ale chyba dało się więcej wyciągnąć z tego pomysłu. Na pewno końcówka jest lepsza niż początek, szczególnie morał mi się spodobał, ale drugi raz raczej nie obejrzę.
Nic nadzwyczajnego, film pod każdym względem "przyzwoity". Na pierwszym planie relacja pary bohaterów – dużo gadania i docinek, niestety kosztem akcji. Na pewno lepiej by się oglądało gdyby np. wspomnienia Rooster’a były w formie przebitek, a nie monologów.
Pod względem bohaterów wolę pierwszą część, tam Kim Darby dostała ciekawą / oryginalną postać, a Rooster jest ten sam, ale "świeży".
Tragedii nie ma, ale klimatu poprzednich części również. Tak.. budżetowo wyszło. Alan Arkin jako inspektor Clouseau zagrał lepiej niż się spodziewałem, a "z twarzy" nawet dałbym się oszukać. Dla mnie akceptowalna podróbka. [SPOILER] Jeśli chodzi o scenariusz to niestety nie wykorzystał on swoich najmocniejszych punktów (czekolady i maski), wszystko leci jednym ciągiem, dwie sceny i wątki rozwiązane. [/SPOILER]
Ryk Godzilli jeszcze będzie mi się po nocach śnił, tylko pod tym względem jest to horror. Sam potwór w pełnym świetle wygląda beznadziejnie tanio, nie musi straszyć, ale żeby chociaż wyglądał groźnie, jak na potwora przystało. Ten drugi ze statuetki nie jest lepszy, no nie postarali się japończycy. Poza wyglądem oba są niezwykle "ludzkie" w ruchu / zachowaniu, równie dobrze mogły walczyć w stylu WWE i jakoś szczególnie by mnie to nie zaskoczyło.
Tylko Mechagodzilla jest okej.
Solidny film (szczególnie pod względem aktorstwa), ale jakoś mocno nie rusza. Zabrakło dramaturgii, może stawka tego wyścigu mogła być bardziej wyeksponowana, ponieważ nie zależało mi szczególnie żeby to główny bohater wygrał. Nikt nie wyjaśnił też (a może mi umknęło?) dlaczego te wszystkie mustangi miały zostać wymordowane.
Mi trochę przypominał pierwszą Mumię, mimo że magii było jak na lekarstwo, a do tego to jakiś inny podgatunek. Na pewno podobny jest ton – luźny, humorystyczny (i tutaj niewymagający emocjonalnie), tak samo postać odgrywana przez Grant’a Heslov’a. Ale cała obsada wypadła świetnie, rzadko się zdarza żebym polubił praktycznie wszystkich (od tonu odstawał tylko główny antagonista). Poza tym bardzo przyłożono się żeby wszystkie starcia (które są podstawą tego filmu) były efektownie zainscenizowane. Jak na PG-13 jest świetnie.
Film (imponującej) akcji przede wszystkim, to jedyny element który wyszedł po prostu świetnie. A reszta? Podczas seansu wydawało mi się, że to wkurzający główny bohater rujnuje show, ale im dłużej o tym myślę, tym mam więcej zastrzeżeń. Ale od początku. Wesley Gibson to przegryw do kwadratu, poza jakąkolwiek rozsądną skalą. Ciężko go polubić a jeszcze ciężej się z nim utożsamiać. Oczywiście "punkt widzenia zależy..", wiadomo, film skierowany w założeniu do młodych dorosłych, ale Wesley nie posiada żadnej ujmującej cechy. "Napoleon Wybuchowiec", "Świat Wayne’a", przykładów pewnie znalazłbym więcej, w każdym razie ta konwencja opiera się na (w jakimś wymiarze) charyzmatycznych postaciach. Tutaj co najwyżej można utożsamiać się z zewnętrznymi okolicznościami.
Bardzo spodobało mi się za to jak "dar" Wesley’a został wkomponowany w całość, tak samo zakończenie. Scenariusz jest solidny, momentami przewidywalny, momentami zalatywał Matrixem, ale ogólnie jest tylko kilka fragmentów do których mógłbym się przyczepić. Natomiast film nie potrafił / nie chciał / nie miał czasu zbudować spójnego świata w którym działałaby ta cała gildia zabójców. Ten element to taka wydmuszka, wytwór na potrzeby głównego bohatera i tyle. Szkoda.
Film nie chciał być zwykłym akcyjniakiem, przesłanie "To możesz być ty" nie jest złe, ale pokazane w ten sposób wydało mi się dość ironiczne w kontekście amerykańskiego społeczeństwa.
Proszę czekać…