Przyjemny średniak z charyzmatycznym John’em Wayne’m. To właściwie tyle, niczym innym się nie wyróżnia.
Jak na plakacie – "Too much for one movie". Wszystko jest przesadzone (i to już do granic rozsądku), a do tego jeszcze powtarzalne. Reżyser miał pełną swobodę twórczą, (ewidentnie nie przejmował się niczym poza doborem aktorek z odpowiednimi atrybutami), a przez prawie dwie godziny tłukł jeden schemat.
A dziewczyny mnie delikatnie mówiąc 'nie urzekły'. Ogólnie słaby film, nawet jak na soft porno.
Budżetowe post-apo, nie warto tracić czasu. Tytułowy bohater ma zadatki na ciekawą postać, ale bardzo szybko okazuje się po prostu zwyczajny.
Dla mnie to koronkowy przykład jak prowadzić film z dość zawiłą fabułą i wieloma postaciami, a przy tym nie zgubić widza. Tak jak często narzekam na licznych, identycznych bohaterów, tak tutaj po raz pierwszy mogę powiedzieć, że dokładnie tak to powinno wyglądać. Wszyscy są charakterystyczni, ale nie do przesady.
Do tego nie trzeba znać jedynki żeby się dobrze bawić, nawet się nie zorientowałem, że czegoś może brakować. Ogółem – bardzo dobry, lekkostrawny film.
Bez fajerwerków dzisiejszego kina, to po prostu solidny film. Najważniejsze, że nie nudzi.
Moim zdaniem reżyser nie poradził sobie z tematem. Od początku czuć, że nie jest to film z najwyższej półki i nie przeszkadzało mi to tak bardzo aż do sceny na lodowisku. Tam logika idzie do kosza, zostaje absurd. Takich naciąganych / słabo wyreżyserowanych scen jest oczywiście więcej, psuje to klimat, a szkoda bo całościowo film dobrze się ogląda. Taki bardziej slasher niż klasyczny film grozy.
W sumie mógłby lecieć dalej, końcówka pozostawia duży niedosyt.
Bajeczka, ale po 40 minutach nawet się wkręciłem. Ogólnie lubię produkcje uderzające w patos, nawet jeśli – jak tutaj – całość jest dosyć sztywna (na czele z występem Clive’a Owen’a) i tylko genialny Ray Winstone wyróżnia się na tle towarzyszy Artura.
Zakończenie było dla mnie kompletnie antyklimatyczne. Przewidywalne i przez to pozbawione napięcia, do tego absurdalne sceny [SPOILER](jak zestrzelenie z drzewa, czy wojowniczka Keira powalająca barbarzyńców jednego po drugim)[/SPOILER], wszystko to razem wzięte zepsuło końcowe wrażenie. Porównując do legend kina – jest okej, ale to nie ten poziom co "Braveheart", "Gladiator", czy "300".
Taki zwyczajny wakacyjniak – historia nie porywa, ale jest trochę (młodzieżowego) humoru, nieźle dobrana muzyka i ładna Sara Foster. Wygląd to jej największy atut (niestety), aktorsko lepsze występy zaliczyli Owen Wilson i Charlie Sheen.
[SPOILER]
Jedyne co się naprawdę wyróżnia to przekombinowane zakończenie – tak bardzo nie pasuje do lekkiego, komediowo-romansowego tonu całego filmu.
[/SPOILER]
To nie ten typ komedii gdzie żarty sypią się często i gęsto, a bardziej lekki i przyjemny film sensacyjny. Niezła intryga i wartka akcja (i to bez licznych wybuchów i stosu trupów) wystarczy żeby film trafił u mnie na listę niedocenionych perełek.
O ile pełna gablota nagród jest jeszcze do wytłumaczenia (dziecko lat 70’) to obecnych zachwytów kompletnie nie rozumiem. Realizm ma swoją cenę, jasne, nie można się cały czas strzelać, ale tutaj przez pół filmu(!) nic się nie dzieje. Tuż po seansie pamiętam w sumie tylko sam początek.
Później jest jeszcze niezła scena z pociągiem, ale to zdecydowanie za mało. Eh, gdyby jeszcze postacie były ciekawe / dobrze napisane to ta pierwsza godzina jakoś by zleciała.
Doceniam to jak jest nakręcony, aktorsko też jest nieźle.. i to by było na tyle. Zawiodłem się.
Proszę czekać…