Aż nie wierzę, że dało się to tak spartolić. Pierwsza część była przyjemną, niewymagającą rozrywką, ale sequel jest tak głupi, że aż ciężko to ubrać w słowa. Pomysły na "pokoje" wciąż są ciekawe, ale to jedyna zaleta tego filmu. Co chwila na ekranie dzieje się coś, co nie ma kompletnie sensu. Wystarczyło zrobić drugi raz to samo, ale zdecydowano się na niepotrzebne kombinowanie.
Obejrzałem drugi raz, żeby sobie przypomnieć fabułę przed drugą częścią. Zaskakująco dobry film. Solidnie trzyma w napięciu, a poszczególne pokoje, do których trafiają bohaterowie, są naprawdę ciekawe. Nie czuć też od tego filmu taniością. Czasem jedynie bohaterowie zachowują się przesadnie głupio.
O dwóch takich, co stracili wszystko, więc postanowili ruszyć w drogę i każdego dnia robić dobrą minę do złej gry. I całkiem przyjemnie ogląda się tę wędrówkę pary, która jest ze sobą na dobre i na złe. Bardzo raziło mnie jedynie, że o ile Raynor ciągle zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji, tak Moth notorycznie mnie irytował (z apogeum pod koniec filmu). Zaznaczam, że nie oceniam, na ile ten film odzwierciedla prawdziwe wydarzenia, bo w sieci można wyczytać, że wiele aspektów historii tej parki jest co najmniej wątpliwej wiarygodności.
Ciekawy temat, męczące wykonanie. Głównie za sprawą głównej bohaterki, której "powołanie" było jako dla mnie przedstawione skrajnie mało przekonująco. Nie wiem, czy to kwestia scenariusza, czy gry aktorskiej, ale w jej postaci nie dostrzegałem żadnych emocji (w przeciwieństwie do chociażby ojca czy ciotki, o których da się już coś powiedzieć, ale nie na nich skupia się fabuła).
Film o NPC, który sam staje się graczem. Na jego nieszczęście produkcja, której jest częścią, mocno przypomina GTA Online (plus za pokazanie w filmie, jak często dzieciaki w to grają xD). W każdym razie bardzo pozytywne kino. Pełne akcji, mocno z przymrużeniem oka i całkiem udanymi bohaterami, choć fakt faktem wyraźnie ukierunkowane na widza przynajmniej w małym stopniu ogarniającego temat gier.
Kairo postanowiłem obejrzeć, bo już kilka razy natknąłem się w sieci na info, że w filmie jest jedna z najstraszniejszych (a czasem i najstraszniejsza!) scen w horrorach ever (scena z idącym duchem około 28. minuty). Ile w tym prawdy, jest kwestią mocno subiektywną, ale moim zdaniem absolutnie nie (choć fakt faktem scena jest mocno niepokojąca, bo dolina niesamowitości silnie się udziela). I ogólnie jako typowy film grozy Kairo jest… kiepskie. Postaci krzątają się to tu, to tam, zachowują się irracjonalnie, prowadzą sztuczne dialogi, ogólnie widz co chwilę zastanawia się, o co w tym wszystkim biega, bo film usilnie stara się niczego nie tłumaczyć. Kairo (z japońskiego "obwód elektryczny"; polski tytuł dodatkowo utrudnia ogarnięcie, o co biega) to kino skupione na niepodanym wprost przekazie, o samotności, ludzkiej izolacji… o czym doczytałem już po seansie i wtedy faktycznie nabrało to artystycznego sensu. Ale całość jest moim zdaniem aż do przesady enigmatyczna (jak to stety niestety w japońskich horrorach często bywa). Osobiście preferuję jednak, jak film oprócz drugiego dna, które może skłonić do refleksji, ma też ciekawą powierzchnię. Tutaj tak nie jest, ale nie odmówię Kairo klimatu, zbudowanego chyba głównie za sprawą kręcenia jakimś leciwym sprzętem.
Całkiem dobry pomysł, który całkiem miernie zrealizowano. Film przez większość seansu jest bardzo konfundujący. Ciąg przyczynowo-skutkowy między poszczególnymi scenami nabiera jako takiego sensu dopiero po dłuższym czasie. Zanim film nie odkryje przed widzem kilku kart (a rzuca nimi raczej oszczędnie), ten będzie czuł się raczej zdezorientowany, co skutecznie zabija napięcie. Za to nie mam nic do zarzucenia efektom specjalnym. Takie 5+/10, do obejrzenia i pozostawienia wrażenia, że jakby trochę dopieścić scenariusz, to wyszłoby z tego coś naprawdę dobrego.
Niezły serial, choć moim zdaniem często na zbyt długo zbaczał na boczny tor, aż nazbyt skupiając się na życiu uczuciowym i przeszłości głównego bohatera, czego kulminacja przypada na czwarty odcinek. Bardzo pobieżnie za to potraktowano postać Marthy, a wolałbym dowiedzieć się więcej o niej, niż o Donnym, którego często miałem dość, bo tak pierdołowatej postaci dawno nie widziałem. Ogólnie najciekawsza w Reniferku jest ta powalona relacja Donnyego z Marthą, ale scenariusz zdaje się o niej czasem zapominać, a kulminacja tego wszystkiego jest mdła, nagła i taka bez polotu, jak tylko się chyba da. Swoją drogą serial jest baaardzo tęczowy… jak przystało na Netflixa. W każdym razie obejrzeć się da, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej.
Jestem czasem mimowolnie zmuszony do "oglądania" tego kątem oka i mam bezkresną bekę z tego, jaką formę ma ten serial (zresztą dotyczy to większości tureckich szmir puszczanych w TVP dla znudzonych gospodyń domowych). Ten twór jest tak statyczny, jak tylko się da. Mam wrażenie, że przez 80% odcinka dwoje postaci beznamiętnie się w siebie wpatruje, podczas gdy w tle grają ciągle te same melodie. xD Notorycznie też ktoś z bohaterów stoi sam jak ciele i gada do siebie. No ja pierniczę! To jest tak źle zrobione, że takie polskie produkcje jak Klan czy Złotopolscy wydają się serialami pełnymi akcji.
Fajna część, niezły pomysł, by przedstawić wydarzenia z przeszłości. Dużo się dzieje, nie ma dłużyzn, fabuła z głupotkami, ale jak najbardziej do strawienia. Lubię stylistykę tej serii.
Proszę czekać…