Dawid Burdelak

@dawidek98

Aktywność

Vabank (1981)

Bardzo dobra komedia. Jeden z tych filmów do których co jakiś czas wracam.

Gliniarz z Beverly Hills III (1994)

Niespecjalnie mi się podobała ta część. To już nie jest to samo, co pierwsza część. Ba, druga część momentami dorównywała pierwszej części – w trzeciej praktycznie niczego takiego nie uświadczymy. Sam Eddie Murphy to nie wszystko, żeby utrzymać poziom.

Gliniarz z Beverly Hills II (1987)

Całkiem fajny. Można się nieco uśmiać. Eddie Murphy jak zwykle w niezłej formie. Ale to już nie jest to samo, co pierwsza część. Oj nie, nie.

Gliniarz z Beverly Hills (1984)

Genialna komedia. Najlepsza z udziałem Eddiego Murphy. Mnóstwo scen, które rozbroiły mnie na łopatki, np. są to: przezabawny pościg początkowy po mieście (chociaż o niebo lepszy był w Blues Brothers), zawiadomienie w hotelu, że tytułowy gliniarz będzie przeprowadzał wywiad z Michaelem Jacksonem, jak wypadł z budynku w odłamkach szkła a potem go aresztowali bez jakiegokolwiek powodu, legendarne już wepchnięcie banana w gaz spalinowy samochodu, strzelanina w barze ze striptizem, przegląd magazynu towarowego i rozmowa na temat przewozu cłowego, albo końcowe ostrzeliwanie posiadłości w Beverly Hills to już klasyka tematu i z pewnością coś, co każdemu z czarnoskórym aktorem będzie się kojarzyć. Dawno się tak nie uśmiałem, poważnie. Reżyser i dwóch scenarzystów mają ogromne poczucie humoru i dziękuję im za stworzenie prawdziwego dzieła komediowego. Jeżeli już się rozmawia w starych komediach na seksualne tematy, to z zachowaniem odpowiedniego balansu. Nie ma co, dzisiaj w komediach królują same bluźnierstwa, a nie śmieszne sytuacje, które będzie się pamiętać nawet i za 100 lat. Gorąco polecam, jeżeli chcesz się uśmiać. 10/10

Bunt na "Bounty" (1962)

Bardzo dobra, a zarazem najlepsza wersja historycznego tytułowego buntu na HMS "Bounty". Marlon Brando i Richard Harris stworzyli bardzo zgrany duet i zagrali po prostu brawurowo. Każda scena z ich udziałem to balsam dla moich oczu. Ciekawostka: muzykę do tego filmu napisał pół-Polak, pół-Żyd – czyli Bronisław Kaper. Jestem pod wrażeniem, jak muzyka idealnie komponuje się z klimatem danej sceny i tematyką samego dzieła. Mieli więcej pieniędzy, skoro na wyspie Tahiti umieszczono nie tylko kobiety, ale i samych mężczyzn, w przeciwieństwie do wersji z 1935 roku. No i mieszkańcy tej wyspy, dzięki załodze statku nie odczuwali głodu i pragnienia. Akcja buntu ekipy całego statku dzieje się w czasach, kiedy Polsce zabierano coraz więcej miejsca, aż w końcu znaleźliśmy się pod zaborami na 123 lata. Jak dla mnie postacie nie kuleją. Wprost przeciwnie, w przeciwieństwie do 1935 i 1984 roku zostało to idealnie wyważone i niegłupio podane widzowi na przysłowiowej tacy. Ale najlepszym filmem 1962 roku na zawsze u mnie pozostanie "Lawrence z Arabii" Davida Leana, mojego imiennika. Tym niemniej, polecam dosłownie każdemu przeżyć "Bunt na Bounty".

Bunt na Bounty (1984)

Skończyłem oglądać przed chwilą. Najgorszy z wszystkich trzech wersji "Buntu na Bounty". Ale za to całkiem udany duet Anthony’ego Hopkinsa i Mela Gibsona.

Bounty (1935)

Dobry film – zacząłem właśnie przerabiać wszystkie trzy wersje "Buntu na Bounty". Na pierwszy ogień poszła ta z 1935 roku i muszę przyznać, że przyjemnie się oglądało. Zwłaszcza, że bardzo lubię filmy z okresu lat trzydziestych. Najpierw muszę pochwalić bardzo dobrą grę aktorską Clarka Gable’a i Charlesa Laughtona. Wypadli iście oscarowo, jak na tamte czasy. I znowu, kompletne zaskoczenie – wcale nie wiedziałem, że omawiany przeze mnie wyrób dostał Oscara za najlepszy film. Bardzo podobały mi się sceny, jak byli na wyspie Tahiti gdzie otaczały załogę HMS Bounty (czyli tytułowego statku) przepiękne kobiety. Wcale nie trzeba było świecić cyckami i gołym tyłkiem, żeby dostrzec piękno ludzkiego ciała. Fajnie też zostały ukazane zapiski marynistów, którzy to opisywali prędkość, kierunek wiatru i czekanie na rozbicie się statku na jakimkolwiek lądzie, zupełnie jak u Robinsona Crusoe. Muzyka też zasługuje na pochwały – Herbert Stothart stworzył coś wpadającego w ucho i niezapomnianego. No i sceny narratorskie, czyli te opowiadające dalsze dzieje głównych bohaterów na statku są w dzisiejszych czasach coraz większą rzadkością. Obawiam się, że już tylko prawdziwi koneserzy kina sięgną po to dzieło sztuki, bo reszta lubi coraz bardziej mieć wszystko podane na tacy. Ja wprost przeciwnie. 7/10 i do ulu. Nie mogę się już doczekać, kiedy się zabiorę za kolejne dwie wersje.

Ziemia obiecana (1974)

@Chemas Na YouTube chyba są wszystkie odcinki. A dwa dni po obejrzeniu ostatniego odcinka byłem na monodramie Andrzeja Seweryna. Dodatkowo – zrobiłem sobie z nim pamiątkowe zdjęcie i mam też jego autograf. Bardzo sympatyczny, kulturalny, a zarazem obyty człowiek. Takich ludzi jak on, jest już coraz mniej na tym świecie!

Psychoza (1960)

@Redox Nic dodać, nic ująć. Zdecydowaną większość współczesnych filmów normalny człowiek pomija milczeniem.

Psychoza (1960)

Uważam osobiście, że to jest najlepszy film Alfreda Hitchcocka. Scena, gdy bohaterka grana przez Janet Leigh bierze prysznic przeszła już na zawsze do annałów światowej kinematografii. Aktorstwo Anthony’ego Perkinsa, wyżej wymienionej przeze mnie kobiety i Martina Balsama (który oczywiście znany jest z "12 gniewnych ludzi") jest kapitalne i podziwiałem je z opadniętą szczęką przez cały film. Tak mistrzowsko poprowadzonej intrygi, tak wytwornie urządzonych pensjonatów, a zarazem idealnie dobranej muzyki próżno szukać w dzisiejszych produkcjach. Sam Hitchcock daje mi powody, żebym uwielbiał kino. Naprawdę, wielka szkoda iż nie dostał ani jednego Oscara, bo zdecydowanie sobie na to zasłużył. Co tu dużo mówić, jak ktoś gustuje w horrorach czy innych dreszczowcach, to oglądając "Psychozę" będzie się czuł, jak u siebie. Wykwintne danie niczym z pięciogwiazdkowej restauracji. Jedynie, do czego mógłbym się przyczepić, to otwarte oczy po zamordowaniu Marion Crane pod prysznicem – w prawdziwym życiu każdy ma zamknięte oczy w stanie śmierci. Ale to tylko mała pierdółka, bo każdy powinien to dzieło sztuki obejrzeć. 9/10

Proszę czekać…