Jak zwykle był to element jego genialnego planu :)
Muszę niestety przyznać, że koleś komentujący na zwiastunie ma rację. to wygląda jak animowana bajka. Nie pokazano tutaj niczego ciekawego oprócz technicznego popisu.
Kurcze ale przecież ten serial został skasowany z powodu złej oglądalności i utraty jakiegokolwiek prestiżu. Co pcha Foxa do tej reaktywacji?
A najlepsze jest to, że czyścić kible z uśmiechem na twarzy radzi scenariusz rodzeństwa milionerów :)
Na pewno najefektowniejszy z dotychczasowych i chyba najlepiej wyważony. Nie stara się być na siłę zabawny, ale też nie próbuje przekonać, że mamy do czynienia z jakimś wyjątkowo ponurym i depresyjnym tworem. Nadal wierzę w ten film i sądzę, że wielu widzów pozytywnie się zaskoczy.
7-/10 – Dwóch albo i trzech (zależy jak patrzeć) licealistów walczy o swoją rozmiłowaną w tytułowym różu koleżankę. Zestarzało się pod kątem obserwacji obyczajowych, z perspektywy czasu wszyscy mają okropne fryzury i ubrania więc rozmył się wątek różnicy klas społecznych. Postarzało się także pod kątem wielokrotnie już dzisiaj wałkowanej fabuły, ale broni się tym niesamowicie cukierkowym klimatem. Ten film ma wszystko co można sobie wyobrazić pod hasłami "Molly Ringwald" i "1986".
6/10 – To już naprawdę ostatni raz kiedy wybaczam MacFarlane’owi korzystanie z zupełnie zużytej już formuły Family Guya. W jednym z wywiadów Seth przyznał, że musiał wyrzucić do kosza pierwotny pomysł na sequel tuż po premierze We Are The Millers. Moim zdaniem widać które fragmenty ostały się z oryginalnego skryptu (wyprawa i zahaczenie o Comic Con), a które pochodzą z pośpiesznego zapychania fabuły chwytami z serialu. Powtarza się konstrukcja całości oparta na przeskokach i retrospekcjach, rozpoczynająca się od czołówki z numerem tanecznym, powtarza się muzyka, powtarzają się nawet gagi (ten z laptopem, czy publiczność drażniąca się z komikami na estradzie), podobny jest niesamowicie wałkowany w FG motyw absurdalnego procesu sądowego. Reszta to lepszy lub gorszy, wulgarny humor, lub nawiązania do jedynki na granicy plagiatu w których króluje Giovanni Ribisi.
Najmocniejszymi stronami Teda 2 są aluzje popkulturowe i przesympatyczna postać Amandy Seyfried która wnosi tutaj o wiele więcej życia niż Mila Kunis z pierwszej części. Proste ale skuteczne są nawiązania do Breakfast Club, Parku jurajskiego, bajek Disneya, czy Władcy pierścieni, niezłe jest sparodiowanie czołówki Prawa i porządku. Za to cameo Liama Neesona okazuje się zupełnie bezsensowne, szczerze mówiąc niezbyt wiem o co w nim chodziło. Trzeci raz już się Tedowi nie uda, zresztą patrząc na wyniki finansowe raczej nie będzie miał na to szansy.
Nie widziałem jeszcze ani jednej negatywnej opinii, czyli to pewnie ze mną jest coś nie tak. Prześpię się z tym i wrócę jutro :)
Za pierwszym razem nie było dobrze. Mało który materiał wytrzymałby tyle lat oczekiwań (chociaż z drugiej strony pamiętam, że pierwszy zwiastun remake’u rzucił mnie na kolana). Teraz jest już trochę lepiej, ale mam parę zastrzeżeń. Za dużo tutaj głupkowatości rodem z My name is Bruce za którym nie przepadam. Ten film był taką Armią Ciemności która poszła w swojej farsie o dwa kroki za daleko. Widzę, że tutaj bawią się znanymi scenami z oryginału, ale idą w tym w kierunku zbytniej błazenady. To tak jak w tej scenie z gorsetem która parodiuje zbrojenie się do walki z dwójki, czy scenie parodiującej trójkę w której Ash leci po swoją piłę. Natomiast celna jest parodia powtarzanej w każdej części sceny wbijania krzyży, chociaż można było ubrać ją w lepszy dialog.
Świetna jest strona techniczna, natomiast pod względem klimatu jedno ujęcie z Ashem odpalającym piłę zębami miażdży całą resztę. Spodziewałem się czegoś po czym będę zbierał szczękę z podłogi i z radością oczekiwał na Halloween, dostałem zapowiedź sympatycznego serialu komediowego do obiadu. Ale może mi ten foch jeszcze przejdzie.
Proszę czekać…