@roksana_goly
O nielubieniu siebie i innych. Wojciech Wysocki świetny. Już ta jego mina na początku filmu, kiedy jedzie windą przypomina "Nic śmiesznego": "- Do góry jedzie? – A gdzie ma jechać, w booook?" 😄 Tutaj też niezłe teksty… "Ty hołoto wściekła jedna." Gdzieś w tle piękne (zapomniane) aktorki – Maria Probosz, Jolanta Nowak.
Dobry początek z Adasiem Miauczyńskim. Dialogi, świetni aktorzy (Łomnicki, Kondrat i Majda – mistrzowie). Łomnicki w pewnym momencie był bardziej adasiowaty niż sam Adaś (już wiadomo po kim jest jaki jest). Na ekranie niewiele się dzieje, a jednak jest pełnia.
"Lepiej mieć szczęście, niż być dobrym…" Genialny film. Jeden z najlepszych i najbardziej zaskakujących w dorobku Woody’ego Allena. Czy całe nasze życie to przypadek? Ile zależy do łutu szczęścia? Koniec zaskakujący.
Niby uniwersum Adasia Miauczyńskiego, ale bez tego czegoś, co było w "Dniu świra" czy "Nic śmiesznego". Są świetni aktorzy, niezłe dialogi, a wyszło jakoś tak sztucznie i monotonnie. Rozczarowanie.
Ciężko uwierzyć, że reżyserem tego filmu jest Louis Malle. To zupełnie inne klimaty niż dotychczas. Bardziej czuło się Wayne’a Wanga z "Dymu", czy Spike’a Lee z "Rób co należy", ale na o wiele niższym poziomie. Fabuła taka sobie. Robotę robi tu kilku aktorów – Penn, Warden. Sutherland się nie wyróżniał, był poprawny. Do obejrzenia (bez zachwytu) i natychmiastowego zapomnienia.
Momentami przegadane, przenudzone. Nie dla mnie takie snucie się z kąta w kąt. "Całe życie czekałem, aż coś się zdarzy… Życie nie płynie we mnie dość szybko, więc je przyspieszam, ponaglam… Jutro się zabiję…" Egzaltacja… To kwestia podejścia do życia widza – ja tego nie kupuję.
Dopóki nie rozkłada się tego filmu na czynniki pierwsze, wygląda to dobrze, chociaż w moim odczuciu zdecydowanie nie Oscarowo. Fajny pomysł i tyle. Już od samego początku, kiedy dziewczyna głównego bohatera wybiera ciasteczka, czuć że z nią coś nie tak, a kiedy wkraczamy w świat jej familii wiadomo, że to jakaś chora banda. Zgadzam się z opinią poniżej – wątek z przeszczepianiem mózgu – co to kurła było. Akcja szła w dobrym kierunku, a tu ktoś coś takiego odpierwiastkował…
Kolejny film do którego musiałam się przekonać. Urocza opowieść na święta (dziwnie się to oglądało w wakacje). Meg Ryan spodobała mi się tu bardziej niż Hanks. I bardziej niż we "Francuskim pocałunku" czy "Masz wiadomość". Bardzo dobrze wypadli też dziecięcy aktorzy.
Dobra rola Demi Moore (Złotą Maliną dla najgorszej aktorki nagrodziła ją chyba ta sama banda debili, która jest odpowiedzialna za nominowanie do tej anty nagrody Briana De Palmy za genialną reżyserię "Człowieka z blizną" i Ennio Morricone za świetną muzykę do "Cosia" Carpentera – tyle są warte te statuetki.) Postać grana przez Viggo Mortensena niejednoznaczna. Spodobało mi się jak potraktował Corteza, który podstawił nogę O’Neil ("to praca zespołowa"), a z drugiej strony, kiedy z nią walczył i prawie ją skatował, patrzyłam na to ze wstrętem. A potem ta końcówka… Chyba oboje mamy podobne zdanie, że wojsko nie jest dla kobiet.