Dołączam do komentujących. "Film". Beznadziejne wstawki pomiędzy skeczami, a same skecze są z recyklingu. Czy zabawne? W większości nie. Są chociaż na tyle oryginalne, że zostają w głowie.
Poprzednie części widziałem prawie trzy lata temu, być może nie pamiętam już oryginalnego ducha tej serii, w każdym razie ta odsłona bardzo mi się spodobała. To konwencja horroru dla nastolatków, czyli film niespecjalnie straszny, za to utrzymany w niezłym tempie, z dobrymi (nawet dzisiaj) efektami specjalnymi. Do tego ujęcia, klimat.. mogę tylko chwalić Stephen’a Hopkins’a.
Film zdecydowanie nie zasłużył na taką krytykę ze strony zagranicznej widowni.
Gwiazdka więcej za świetny pomysł, chciałbym zobaczyć wysokobudżetowy remake. Tutaj bardzo raziło mnie aktorstwo (na czele z główną bohaterką), widać że cały budżet poszedł w efekty specjalne. A te, prawie 30 lat później, są już najwyżej średnie.
Emmanuelle na pewno wyróżnia się motywem przewodnim, ujęcia też są niezłe, jeśli chodzi o styl to erotyk z takiej wyższej półki. Natomiast fabuła.. cóż, priorytetem jest jak najwięcej pokazać, zamiast opowiedzieć. Nuda. A może po prostu przesłanie mi gdzieś uciekło?
Obiektywnie absolutnie przeciętny, trapiony wieloma problemami, ale.. mnie zainteresował. Historia napisała dobrą bazę pod scenariusz.
Wejście Jack’a Nicholson’a bardzo ożywia ten film. Pierwsze minuty – chociaż nudzą – to (w zamyśle reżysera?) stanowią kontrast dla późniejszej transformacji kobiet. Pomijając wstęp, nawet wciągnęła mnie ta historia. Nie wiedziałem w którą stronę to pójdzie, "nadchodzące zło" zwiastowane przez żonę redaktora intrygowało mroczniejszym tonem. [SPOILER] Szkoda, że finał był bliżej jakiegoś fantasy niż horroru. [/SPOILER]
[SPOILER] Tak samo zawiodłem się (chociaż podczas oglądania podświadomie) na przejściu z "kochamy Jack’a" do "musimy coś z nim zrobić". Sekwencja (śmierć i choroby) była za krótka żeby przynajmniej u mnie zmienić nastawienie, Jack jest zbyt charyzmatyczny. [/SPOILER]
Poza zbliżeniami na paszczę Godzilla wygląda zaskakująco nieźle. Ogólnie jestem pozytywnie zaskoczony – przede wszystkim poważnym tonem filmu. Muzyka (chociaż nieco powtarzalna) też robi robotę.
Tylko (i aż) solidny film. Zabrakło efektu "wow", i to sceny z początku najbardziej zapadły mi w pamięci, później nie było tak widowiskowo. Kończyły się już pieniądze? Gdzie się podziało te 100 milionów dolarów? Deklaracja niepodległości to raczej był rekwizyt :)
Główną rolę gra tu Kim Darby, a nie John Wayne. Na plakatach reklamowych widocznie za dobrze to nie wyglądało, a w rzeczywistości (ta lepsza) pierwsza połowa filmu trzymała się na jej występie. Dobrze napisana rola bardzo pomogła, Kim Derby daleko do wybitnej aktorki.
Ciekaw jestem jak wyszedł remake.
Gdyby nie kilka durnot psujących klimat to byłby naprawdę niezły film. No to po kolei.
Film otwiera scena akcji która trwa 15 minut. Nic nie wiadomo jeszcze o bohaterach, nie było momentu żeby zbudować jakieś przywiązanie emocjonalne, a już wszyscy strzelają się i zabijają (a w tym całym bałaganie jest jeszcze Predator).
Później 'King Willie'. Fajnie poprowadzony wątek, napięcie zbudowane, tylko co z tego kiedy okazuje się że ta postać została tragicznie obsadzona. Nie wiem czy to tylko moje odczucie, ale twarz Calvin’a Lockhart’a kompletnie nie pasowała do tej roli.
[SPOILER] A na koniec perełka – predator mówiący "motherf***er".[/SPOILER] Uśmiałem się niesamowicie, tekst prawie do końca seansu wybił mnie z tego poważnego "obcy z kosmosu poluje na naszej planecie" tonu.
A co mi się podobało? Miejsce akcji (Los Angeles), postacie poboczne (z wyróżnieniem Bill’a Paxton’a), brak przesadzonego chronienia bohaterów przez scenarzystę.