Film (imponującej) akcji przede wszystkim, to jedyny element który wyszedł po prostu świetnie. A reszta? Podczas seansu wydawało mi się, że to wkurzający główny bohater rujnuje show, ale im dłużej o tym myślę, tym mam więcej zastrzeżeń. Ale od początku. Wesley Gibson to przegryw do kwadratu, poza jakąkolwiek rozsądną skalą. Ciężko go polubić a jeszcze ciężej się z nim utożsamiać. Oczywiście "punkt widzenia zależy..", wiadomo, film skierowany w założeniu do młodych dorosłych, ale Wesley nie posiada żadnej ujmującej cechy. "Napoleon Wybuchowiec", "Świat Wayne’a", przykładów pewnie znalazłbym więcej, w każdym razie ta konwencja opiera się na (w jakimś wymiarze) charyzmatycznych postaciach. Tutaj co najwyżej można utożsamiać się z zewnętrznymi okolicznościami.
Bardzo spodobało mi się za to jak "dar" Wesley’a został wkomponowany w całość, tak samo zakończenie. Scenariusz jest solidny, momentami przewidywalny, momentami zalatywał Matrixem, ale ogólnie jest tylko kilka fragmentów do których mógłbym się przyczepić. Natomiast film nie potrafił / nie chciał / nie miał czasu zbudować spójnego świata w którym działałaby ta cała gildia zabójców. Ten element to taka wydmuszka, wytwór na potrzeby głównego bohatera i tyle. Szkoda.
Film nie chciał być zwykłym akcyjniakiem, przesłanie "To możesz być ty" nie jest złe, ale pokazane w ten sposób wydało mi się dość ironiczne w kontekście amerykańskiego społeczeństwa.
Taki sobie, zwyczajny horrorek, z widocznie słabszą końcówką. Reżyser serwuje wszystkie podręcznikowe sztuczki (na czele z "głośny dźwięk = straszne"), zaskakuje tylko tożsamość mordercy. Nie wchodząc w szczegóły, rozwiązanie tej zagadki nie miało dla mnie sensu, więc co zostaje "na plus"? Chyba tylko dobry początek i jakaś próba budowy klimatu.
Pojedynczo gagi są niezłe, ale w sekwencji gdzie główny bohater jest przez 90% czasu workiem do bicia po prostu nie oglądało mi się tego jak komedii.
Zapowiadał się bardzo przeciętnie (ciemny i nakręcony jak jakiś odcinek serialu), ale wyszedł solidnie. Nie kupuje tylko wątku z żoną, łatwo się domyślić od którego momentu.
Romans świetny, komedia taka sobie. Gagi na początku bawią, ale postacie poboczne – Ula, Doug, Alexa – cały czas opowiadają ten sam żart tylko w inny sposób, a to nie jest taki dobry żart jak się twórcom wydawało.
Natomiast film wzrusza, i to mocno, nie spodziewałem się Sandler’a w takiej roli.
Nic nie wyszło dobrze, natomiast film jest tak głupi że aż śmieszny. Reżyser puścił wodze fantazji. [SPOILER] Mnie najbardziej rozwaliła scena jak Junior wpada do budynku, odwraca się, a tam inny typ siedzi jak boss na kiblu. [/SPOILER]
Czy dobrze się stało że pomysł nie wypalił? Niesprawiedliwie jest to oceniać przez pryzmat słabego filmu, seria nie chciała odcinać kuponów i niestety wyłożyli się na pierwszej próbie zrobienia czegoś ambitniejszego niż zwyczajny slasher.
Mnie najbardziej irytowała muzyka (poza główną piosenką), szczególnie ten jeden podkład od którego aż uszy bolały. Poza tym jest tylko jedna dobra scena gore (a te węże i robaki, co za dramat!), scenariusz pełen durnot.. Film wygląda po prostu tanio.
Liczyłem, że końcówka jakoś to wszystko sklei, nie mam pojęcia dlaczego. Przynajmniej muzyka jest niezła.
Logika godna znaczka MTV, dzięki scenie z muchą przynajmniej nie miałem wygórowanych oczekiwań. Nawet z tak nisko zawieszoną poprzeczką przesadą było jak [SPOILER] nagle zaczęli się całować. [/SPOILER]
Film da się obejrzeć bez nudy, przede wszystkim dzięki głównej bohaterce, ale też ciekawie / futurstycznie wyglądającym miejscówkom.
Dziewczyny sprzedają początek, ale w pewnym momencie zaskoczyło mnie, że ten film stoi na własnych nogach. Fabuła jest solidna. Postacie również. Jednowymiarowe? Może i tak. Ale spójne. Nikt nie robi niczego niezgodnego z charakterem (albo dla popchnięcia fabuły), całość płynie sobie naturalnie. To więcej niż oczekiwałem po takim filmie.
Pod kątem klimatu taki "Feels good movie". Relaksujący. Nie spodziewałem się tak negatywnych kometarzy :)