Największy problem DC

Liga Sprawiedliwości nie jest złym filmem. Prawdę powiedziawszy, na seansie miałem całkiem sporo zabawy, co może być o tyle kontrowersyjne, iż nic nie wskazywało na to, że film mógłby się udać. O procesie produkcyjnym tego filmu, można by pisać legendy i opowiadania, a recenzje widzów i fanów, jak zwykle w przypadku DC, są bardzo polaryzujące. No i oczywiście, nie pomijajmy porażki filmu w box office – zwłaszcza w porównaniu z wynikami Thor: Ragnarok

Strona 1 z 2

Ale ja nie o tym. Nie przyszedłem tu recenzować Ligi Sprawiedliwości, Bernadetta już się tym zajęła. Analizowanie Box Office’u też nie jest moją domeną, nie jestem bowiem analitykiem. Natomiast bez wątpienia jestem filmowym geekiem i z tej perspektywy, Liga Sprawiedliwości otwiera zupełnie nowe pole do dyskusji. Widzicie bowiem, niezależnie od poziomu samego filmu, seans Justice League pokazuje bardzo duży problem z kreowaniem całego uniwersum filmowego DC. A jest to problem na tyle duży, że może uniemożliwić Warner Bros. stworzenie spójnego filmowego świata, który byłby porównywalny do MCU.

Na początku przyjrzyjmy się pojęciu filmowego uniwersum i spróbujmy sobie wytłumaczyć, co to w sumie jest i z czym to się je. Na pierwszy rzut oka, można odnieść wrażenie, że mówimy tu o swoistym ekwiwalencie filmowej serii, takiej jak Gwiezdne Wojny chociażby. Mamy kilka filmów, które można obejrzeć jako samotne produkcje, jednakże, jeśli zestawimy te filmy razem, otrzymamy kompletną historię, która przechodzi z filmu na film, gdzie wszystko łączy się ze sobą.

Jednakże wyobraźcie sobie, że do danej serii filmowej zaczniemy dodawać dodatkowe filmy, które nie należą do głównej linii fabularnej, a jedynie w jakimś stopniu rozszerzają świat filmów. Mogą to być na przykład spin offy czy prequele. Znowu za przykład mogą nam tu posłużyć Gwiezdne wojny. Stara i Nowa Trylogia łączą się ze sobą w jedną linię fabularną. Do tego mamy spin offy, takie jak Łotr Jeden, czy obecnie powstający Solo. Filmy te nie wnoszą nic, czego byśmy już nie wiedzieli, do głównej historii serii, ba, Łotra Jeden bez wątpienia można zobaczyć bez znajomości Nowej Nadziei, co tylko pokazuje pewną odrębność tych filmów. Owszem, można je obejrzeć, ale ich znajomość nie jest konieczna, aby znać całą historię serii.

Oczywiście, ja tutaj się pastwię nad Star Warsami, ale bez wątpienia, najlepszym przykładem uniwersum filmowego jest MCU, projekt który zaczął się w 2008, gdy Marvel i Paramount połączyły siły, wydając na świat taki, ot można by rzec, prosty filmik, który nazywał się Iron Man. Oczywiście, z czasem zaczęły dochodzić nowe produkcje, Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie, Thor, w końcu zaczęły powstawać także sequele. A największą perłą w koronie franczyzy są filmy Avengers, które stanowią istne święto dla fanów tych postaci. To w nich nasi bohaterowie łączą siły, by wspólnie zmierzyć się z wielkim niebezpieczeństwem, które jest zbyt wielkie dla jednej postaci. Obecnie MCU to gigant i choć trudno go nazwać prekursorem tego typu franczyzy, jest wskazywany jako koronny przykład na to, jak takie uniwersum, o takiej skali, powinno być rozwijane.

Jednakże wiadomo nie od dziś, gdy gdzieś wietrzą sukces, zawsze znajdziesz ludzi, którzy spróbują go powtórzyć. A jeśli mamy w dłoni konkretne prawa licencyjne? W takim razie nic, tylko działać! W przeciągu ostatnich lat mieliśmy istny natłok filmowych uniwersów, albo przynajmniej prób ich tworzenia. Ktoś mógłby zauważyć, że mamy na przykład uniwersum X-Men, które dużo czerpie z sukcesu MCU, choć nie da się ukryć, że te filmy wychodziły jeszcze przed Iron Manem. Niektórzy na pewno będą też pamiętać próby Sony, by stworzyć uniwersum Spider-Mana, zanim oczywiście dogadano się z Marvelem. Poza tym to, co robi Disney z Gwiezdnymi wojnami, bardzo mocno przywodzi na myśl próby stworzenia większego uniwersum filmowego, a i Potterverse, jak to jest obecnie nazywane przez niektórych fanów, zdaje się przechodzić drugą młodość dzięki Fantastycznym zwierzętom. Nie zapominajmy też o tych franczyzach, którym budowanie Uniwersum nie wyszło na tyle, że już po pierwszym filmie trzeba było wrócić do etapu projektowania – jak Ghostbusters: Pogromcy duchów, czy tegoroczna porażka, jaką była Mumia.

To nas prowadzi do wytwórni braci Warner, która to już od dawna współpracuje z DC, przy tworzeniu filmów na podstawie największych bohaterów tejże komiksowej potęgi. Ba, przez jakiś czas odnosili nawet olbrzymie sukcesy – zarówno finansowe, jak i jakościowe. Można by zaryzykować twierdzenie, iż swego czasu szło im lepiej od konkurencji spod znaku Marvela. Kiedy bowiem w 2008 wychodził Iron Man, fani komiksów byli o wiele bardziej zajarani nadchodzącą premierą Mrocznego Rycerza – drugiej części trylogii o Batmanie, autorstwa Christophera Nolana.

Sam odbiór obu produkcji jest naprawdę ciekawy. Iron Man, choć jest porządną rozrywką, jest także jedynie przeciętniakiem, którego pamiętamy obecnie jedynie z dwóch powodów. Po pierwsze – Robert Downey Jr, dla którego Iron Man był swoistym powrotem do pierwszej ligi. No i oczywiście po drugie – bo ten film zaczął jedną z największych filmowych franczyz ostatniej dekady. Jednakże to Mroczny Rycerz, przeszedł do historii kina. Dla fanów kina superbohaterskiego był powiewem świeżego powietrza, pokazując walkę Batmana i Jokera w nowy, niespodziewany sposób. Dla osób oczekujących dobrego kina… Cóż, dość powiedzieć, że na liście najwyżej ocenianych filmów na IMDb, Mroczny Rycerz zajmuje zaszczytne czwarte miejsce. Jedyne filmy, które są wyżej w rankingu to: Skazani na Shawshank, Ojciec chrzestny oraz Ojciec chrzestny 2.

Z taką historią w dziedzinie filmów na podstawie superbohaterów trochę dziwi, że projekt DC Extended Universe jest w swego rodzaju ruinie. Na chwilę obecną, z pięciu filmów DCEU, tylko jeden spotkał się z naprawdę pozytywnym przyjęciem krytyków. Mowa tu oczywiście o Wonder Woman, która to pojawiła się w kinach prawie 4 lata po premierze pierwszego filmu DCEU. Fakt, robienie przeciętniaków nie przeszkodziło dotychczas Warner Bros. w tworzeniu kolejnych filmów i pompowaniu w to konkretnych pieniędzy, ale tutaj do gry wchodzi porażka, jaką stanowi Liga Sprawiedliwości. Przy ponad 300 milionach dolarów budżetu, film na chwilę obecną zarobił niecałe 570 milionów. To dużo, prawda, ale jednocześnie jest to najgorszy wynik ze wszystkich filmów DCEU, gorszy nawet od Człowieka ze stali. No i nie łudźmy się, przy skali sukcesów konkurencji, a także rewelacyjnego wyniku Wonder Woman, Warner Bros. na pewno ostrzyło sobie zęby na więcej. Jednakże dla mnie ten film jest symbolem porażki DCEU na zupełnie innym poziomie.

Tak jak wspomniałem na początku nie uważam, żeby Liga Sprawiedliwości było naprawdę złym filmem. To, co powiem teraz, będzie dla wielu bardzo kontrowersyjne, ale uważam, że jest to film na zbliżonym poziomie do Avengers, zwłaszcza w kwestii konstrukcji fabuły. W obu filmach mamy grupkę postaci, które muszą ze sobą współpracować, tylko muszą wykombinować jak. Każda z tych postaci przechodzi swój własny arc, podczas którego uczą się czegoś o sobie samych. Nie są to wątki bardzo rozbudowane, ale mają swój początek i zakończenie. No i oczywiście wielkie zagrożenie, które wymaga od naszych herosów zjednoczenia. Ba, niezależnie od tego, czy jest to film z większego uniwersum, czy produkcja sama w sobie i tak, i tak, tego typu wątki byłyby konieczne, aby film dało się obejrzeć jako całość samą w sobie, i na pewno nie dałoby się tego upchnąć do scenariusza, na taką skalę, jak w przypadku filmu, gdzie bohater jest tylko jeden. Więc po oderwaniu zarówno Avengers, jak i Justice League od reszty swoich filmowych światów, nie trudno jest zauważyć, jak bardzo te filmy są do siebie podobne. Oczywiście, ktoś tu może powiedzieć, że to przecież oczywiste. Wszak oba te filmy mają taki sam cel – zjednoczyć ze sobą grupkę bohaterów z większego filmowego świata. I tutaj zaczynają się schody.


Jakub Kucharski
Bloger amator. Miłośnik kinematografii, wielki fan Christophera Nolana, maniak Toma i Jerry'ego.