Jakoś nie wyobrażam sobie aby stary koń Matthew miał bić te dziecko które dostanie rolę Pająka :)
W stu procentach zgadzam się ze szczerym zwiastunem.
8/10 – Obok odcinka świątecznego to najlepszy epizod tego serialu. Kto inny go pisał? Grodd odłożył laptopa i poszedł spać? :) Wciągające i dobrze odegrane przez wszystkich aktorów (!) dylematy, popisówka Toma Cavanagha i chwytający za serce finał. To nic, że bardzo przypominający pewien kultowy film SF, ważne, że były emocje! Szkoda, że cały sezon Flasha nie prezentował poziomu swojego finałowego odcinka.
5/10 – Przeciętniak ratowany niezłą muzyką, jeśli nie podobały wam się The Guest i You Are Next to ten film również wam się nie spodoba. Dlaczego It Follows w ogóle nie działa? Pozwolę sobie tym razem w całości w spoilerach
SPOILER
Bohaterowie są zupełnie bezbarwni, nie dostrzegamy ich przemiany sugerowanej przez finałowy cytat. Nie stali się osobami "bez duszy", bo nigdy tej duszy nie posiadali. Nie mają żadnej osobowości, nawet wyrazistych, stereotypowych cech, oczekując na demona są tak przejęci, że czytają książkę albo się opalają. Jeśli dobrze zrozumiałem, reżyser zajmuje stanowisko, że bezmyślne podążanie za popędem seksualnym wyzbywa nas z moralności i człowieczeństwa. Znajduje to dosłowne potwierdzenie w scenach w których bohaterowie bez większych moralnych oporów na temat losów drugiego człowieka decydują się przekazywać klątwę. Wniosek ciekawy, chociaż wcale nie nowy, ale poległ rozpisany na tak bezbarwnych bohaterów.
Weneryczny demon to oczywisty element stylizacji na lata 80-te, nawiązanie do strachu przed AIDS i jego konsekwencjami, ale podobnie jak reszta tych zabiegów wydaje się elementem mocno ogranym. Ile już mieliśmy filmów bazujących na specyficznym plumkaniu w ostatnich latach, przykładowo Drive, You Are Next, The Guest. Tutaj jest to wsparte tematyką, ale nie czułem iluzji tamtych lat. Bohaterowie z lat 80-tych przejmowali się walką, żywo w niej uczestniczyli, potrafili wzbudzić jakąś sympatię, mieli choćby stereotypowe, burzone potem przez Hughesa cechy charakteru. Tutaj mamy wycinanki które nawet nie służą za mięso armatnie i trzeba się z większością męczyć aż do końca filmu. Główna dwójka jest zaspana, gra na jednych minach z wielkim Whatever wypisanym na czołach. A może rację miał Linklater w Boyhood, może to jest właśnie rzetelny portret współczesnego pokolenia?
Wielu recenzentów zachwycało się również rzekomą oryginalnością w warstwie horroru. Czy słusznie? Działania demona jak żywo przypominają postępowanie jego azjatyckich koleżanek po fachu z czarnymi włosami i w białych koszulach nocnych. Weneryczny demon pojawiał się choćby w "Ginger Snaps", niewidzialna siła prześladująca kobietę to choćby "Byt" z Barbarą Hershey. O próbach muzycznego udawania Johna Carpentera już pisałem.
Zastanawia mnie tylko, tak na koniec, dlaczego bohaterowie ryzykując własne życie i zdrowie tak uparcie strzelali do niewidzialnej siły, chociaż od początku nie przynosiło to rezultatu.
Jai Courtney znowu wprowadzi swój tytuł do 10 najgorszych filmów roku według Fdb. Ten facet jest niesamowity!
Oglądałem w Multikinie, ale z okularami z Heliosa. Również mam wrażenie, że obraz był wyjątkowo ciemny nawet jak na 3D. Może to jednak kwestia heliosowych okularów.
Lepszy jest pomysł, lepsza jest atmosfera tego zwiastuna niż gagi w nim zawarte. Teraz dotarło do mnie, że zarzucam taką przypadłość także wcześniejszej twórczości Sweetsa z Kości i jego kolegi. Zarówno Horrible Bosses jak i Burt Wonderstone musiały brzmieć świetnie na poziomie szkicu, a okazały się dość letnimi komediami.
Ale się ten Anthony Michael Hall dziwnie zestarzał, strasznie przypomina tego dentystę z Kac Vegas :)
7/10 – Największym minusem jest Ultron. Miała być postać tragiczna, wyszedł poczciwy misio. Do tego dubbingowany przez tak znudzonego Spadera, że wyobrażam sobie jego sesje nagraniowe w kapciach i z herbatą. Albo pod kierownictwem szkoły imienia późnego Morgana Freemana.
Avengers 2 to po prostu solidna, zapewniająca rozrywkę superprodukcja. Nie ma w tym zbyt wiele błyskotliwości, choćby gagi są starannie zaplanowane i ograne. Mamy powtarzany do znudzenia motyw z zakazem przeklinania który zupełnie nie działa w PG-13, mamy wszystkie ograne już chwyty ze strony postaci: RDJr jest cwany, Thor nieobyty, Cap sztywny itp itd. Nawet epizodyczne postacie docinają, ta warstwa filmu jest zrobiona zupełnie przez kalkę.
Whedonowi wyraźnie marzyło się własne Imperium kontratakuje, ale w zamierzeniu mroczny, pogłębiający fabułę motyw "potworów" jest przewidywalny, najczęściej jednozdaniowy i poprowadzony po łebkach. Wizje tylko w przypadku Wdowy i Starka znajdują jakieś sensowne rozwinięcie w fabule. W przypadku tego drugiego to tylko powtórka dylematów i lęków z Iron Mana 3, więc kolejne ksero nie robi większego wrażenia.
Wszystkie przeskoki i skoki w fabule zdają się mieć jakiś sens, ale mam dziwne wrażenie, że obraz spokojnie poradziłby sobie bez Serkisa i Skarsgaarda. Może byłoby te parę minut więcej na przewodni motyw potworów po którym Whedon tylko się ślizga. Swoją drogą Joss jest bez winy w sprawie afery na jego Twitterze, a skretyniali idioci nie tylko już nie czytają uważnie, ale też nie słuchają uważnie przeżuwając popcorn. Nie chce mi się nad tym rozwodzić.
Powariowali już z tą burzą wokół finału Man of Steel. 30% scen akcji to ewakuowanie i ratowanie jakichś kompletnie nieobchodzących statystów. Masakra, tak się nie powinno kręcić scen akcji, zahacza to już o autoparodię i kręcenie filmów dla idiotów. Niestety potem ci sami idioci wyganiają Cię z Twittera. Tu już dochodzi do takiej przesady jak w scenie w której Stark odkupuje zniszczony budynek jeszcze w trakcie walki. Zidiocieli.
Sceny akcji są lepsze niż w jedynce, chociaż Whedon strasznie zakochał się w tej najbardziej chwalonej sekwencji akcji z pierwszej części i mnóstwo tutaj spowolnień i jazd kamery wewnątrz pola bitwy. Czasami aż za dużo, jak w jakiejś grze komputerowej.
Podsumowując, jest solidnie, nawet dobrze, ale autorskiego błysku tutaj nie ma. Jest kalka na miarę planów wielkiego studia od faceta który zawsze jak ognia starał się unikać kalek i planów wielkiego studia.
5/10 – Ta ich super nowoczesna baza to właściwie takie mieszkanie Krawczyków z Miodowych lat do którego każdy wchodzi niczym Tadzio Norek. Kolejny odcinek będący przykładem fascynującego nieskrępowania scenarzystów, czego my tutaj nie mamy? Pokój scenarzystów musi pachnieć malinową mambą.
SPOILER
Clancy Brown jest opętany przez inteligentnego, obdarzonego telepatią goryla. Jesse L. Martin pod wpływem goryla przystawia sobie pistolet do głowy, a potem próbuje go udobruchać bananem. Takie rzeczy działają w Saturday Night Live, a i tak rzadko.
Dziwaczny, niespodziewany casting. Ale z drugiej strony, patrząc na zdjęcie główne można zauważyć pewne podobieństwo Willa do Tima Curry w charakteryzacji.
Proszę czekać…