Bardzo smutne wieści. Obok Franka Darabonta uważany powszechnie za najlepszego ekranizatora twórczości Stephena Kinga. "Misery" i "Stań przy mnie" to osobiście jedne z moich ulubionych filmów ever do których często powracam. Jego "Ludzi honoru" też uwielbiam. Chciałbym też wspomnieć mniej znany film z początków jego kariery reżyserskiej, czyli "Pewną sprawę" do którego również mam słabość. Jeden z ostatnich jego obrazów, czyli "Fałszywe powody" także przypadł mi do gustu. Cudowny twórca, wspaniały reżyser, jeden z nielicznych, z tego bardzo wąskiego grona, który potrafił przenieść, a właściwie przemycić prawdziwą magię kina do swoich filmów. Czuje się ją bardzo zwłaszcza w "Stand by Me".
"Lęk przed odejściem bez zaznania miłości jest większy, niż przed samą śmiercią." Innych ekranizacji "Anny Kareniny" nie oglądałam, więc nie mam porównania, ale ta mnie nie urzekła, nie wciągnęła (chociaż nie zniechęciła, żeby obejrzeć inne wersje). Było tak jakbym oglądała tę historię stojąc gdzieś z boku – zerkam, ale średnio mnie to rusza. Bardziej od wątku Anny i Wrońskiego interesował mnie ten z Kitty i Lewinem, a chyba nie o to chodziło.
Jakakolwiek relacja faceta wyglądającego jak David Spade z kobietą wyglądającą jak Sophie Marceau… Sorry, ale ciężko w to uwierzyć. Sama fabuła taka sobie – koleś porwał psa, a potem sobie z nim wszędzie łaził, żeby go jego właścicielka zobaczyła? I jeszcze to grzebanie w kupie… "Pobrudziłem się?" Fuj. Sophie Marceau urocza, chociaż wolałabym ją oglądać w czymś ambitniejszym jak już jesteśmy przy Hollywood.
"W kraju ślepców jednoocy cierpią. Nie trzeba patrzeć." Jak zwykle u Żuławskiego – albo człowiek potrafi się w to, co na ekranie wgryźć, albo nie i czuje, że ogląda chaos. Dla mnie to było za ciężkie, za głośne. Do gry aktorów nie mam zastrzeżeń, ale sama historia – tym razem nie moja bajka. Po seansie byłam psychicznie wykończona.
SPOJLER → Marceau i partnerujący jej Brasseur wcześniej zagrali ojca i córkę w "Prywatkach", przez co dziwnie mi się na nich patrzyło jako na małżeństwo starszego wypalonego faceta i młodej kobiety. Fabuła taka sobie. Do momentu zabójstwa snuli się wszyscy na ekranie bez ładu i składu. Znudzona mężem żona, mąż alkoholik, który w obronie własnej kogoś zabija. Ona robi wszystko, żeby ratować jego i ich małżeństwo. I finał sugerujący, że wystarczyła szczera rozmowa małżonków, żeby wszystko się ułożyło. Nie przemawia to do mnie. Muzyka przez ten saksofon trochę w klimacie "Betty Blue".
To w zasadzie powtórka z pierwszej części, tylko bohaterowie troszkę starsi. Klimat ten sam. Zośka w dalszym ciągu świetna. Nowe doświadczenia, nowe znajomości. A u dorosłych… "Małżeństwo to sztuka unikania problemów, których nie było przed ślubem." Odkrywcze. 😏
"Dreams are my reality…" – fajna opowieść o dorastaniu. Wątek z rodzicami na plus, zwłaszcza demolka w sklepie (małpa zasłużyła). Prababcia świetna. Przyjemny soundtrack. Dzisiaj takich filmów dla młodzieży już się nie robi. Szkoda.
Fajny aktor, ale kiepsko wykorzystany przez kino. Wpadł w szufladkę razem z Samym Naceri i coś nie pykło jak trzeba. W Polsce znany chyba tylko z serii "Taxi" i może z "Belfegora". Ja pamiętam go jeszcze z seriali "David Nolande" i "Las".
Kiedy chodziłam do gimnazjum, bałam się oglądając ten film. Dzisiaj podczas seansu widzę koszmarną komputerową zjawę i chce mi się śmiać. Ale muszę przyznać, że muzyka bardzo mi się spodobała. No i zazdroszczę głównej bohaterce tego, że mogła sobie ot tak wejść do Luwru, kiedy chciała. Fabuła ujdzie. BTW "Od rozmowy o mumiach człowiek sam wysycha." 😏
"Jaki był? Jak człowiek – wielce niegodna istota." – powiedział o swoim stwórcy… android. Było i widowiskowo. I staro-alienowo z wyskakującym z brzucha Obcym. I wisienka na torcie w postaci szajbniętego androida. Niby wszystko na miejscu, więc dlaczego ten film nie przypadł mi do gustu?
Proszę czekać…