Coco 7.2

Mały Miguel, zafascynowany grą na gitarze marzy o tym, by pójść w ślady swojego muzycznego idola, Ernesto de la Cruz. Chłopiec - wbrew rodzinnemu zakazowi - za wszelką cenę chce rozwijać swój talent. W tajemniczych okolicznościach trafia do niezwykłej Krainy Zmarłych, gdzie na swej drodze napotyka uroczego oszusta Hektora i z nim odkrywa historię swojej rodziny.

Recenzje

"Coco" nie dorównuje najlepszym animacjom ostatnich lat, ale to wciąż bardzo bardzo bardzo dobry, mądry i niezwykle wzruszający film, który gorąco polecam dorosłym oraz starszym dzieciom. 9
  • 2018-05-01
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Księga życia 2: Coco jest, jak większość kontynuacji, gorsza od oryginału. Tak, powyższe słowa mają być lekko złośliwe. O co mi chodzi? Otóż Księga życia to znakomita animacja z 2014 roku, poruszająca w zrozumiały i atrakcyjny dla dzieci sposób trudny temat umierania, pamięci o zmarłych i życia pozagrobowego. Opowieść umiejscowiona jest w realiach meksykańskiego folkloru związanego ze Świętem Zmarłych ("Día de los Muertos") a mieszkający w Krainie Pamiętanych umarli przedstawieni są jako kościotrupy. Brzmi znajomo? No właśnie.

Podobno zarówno Book of Life jak i Coco - pomimo znaczącej odległości pomiędzy premierami - powstawały w tym samym czasie i rzekomo ich podobieństwo to czysty zbieg okoliczności - w sieci można wyszukać sobie argumenty mające przemawiać za tym, że to przypadek. Na pewno Coco nie jest zwyczajnym bezczelnym plagiatem, bo same historie umiejscowione w owym mitycznym świecie Umarłych są odmienne. Jednak podobieństwo koncepcyjne i scenograficzne jest tak uderzające, że naprawdę ciężko uwierzyć, że nie było tu bezpośredniej inspiracji. W końcu ile znacie animacji dla dzieci opartych na przedchrześcijańskich meksykańskich wierzeniach w życie pozagrobowe?

Pomimo tego, pragnę podkreślić, że Coco nie dostał ode mnie żadnych punktów karnych za to dziwne podobieństwo, a w dalszej części recenzji postaram się ten film oceniać jakby Księga życia nie istniała. Wspominam o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby oddać należny pokłon pierwszemu na liście mety. Book of Life jest filmem rewelacyjnym a przy tym bardzo niedocenionym, który nie osiągnął należnego mu sukcesu komercyjnego (chociaż był nominowany do Oscara). Jest on moim zdaniem dużo lepszy od Coco i wart obejrzenia niezależnie od tego, czy film studia Pixar przypadnie wam do gustu czy nie. Pamiętajmy o Book of Life, bo, jak uczą oba te obrazy, Zapomnianych czeka bardzo niewesoły los.

Oczywiście oglądając film studia Pixar nie da się uniknąć porównań, ale wynikających raczej z wygórowanych oczekiwań, które każdy widz ma wobec kolejnych obrazów wychodzących z tej wytwórni. Mając w pamięci takie arcydzieła jak Ratatuj lub W głowie się nie mieści widz oczekuje niestety takiej samej jakości. Niestety, bo w tym przypadku moim zdaniem nie udało się dorównać najwyższym osiągnięciom Pixara. Ten film jest "tylko" bardzo bardzo ale to bardzo dobry. Nie jest arcydziełem jak rzeczone Inside Out.

Animacja w Coco jest oczywiście perfekcyjna, fabuła gdzie trzeba zabawna, gdzie trzeba emocjonująca, ale czegoś zabrakło - tej iskry, która spowodowała erupcję geniuszu, który wystrzelił W głowie się nie mieści na absolutne wyżyny sztuki filmowej. Scenariusz jest tym razem trochę słabszy niż w najlepszych filmach animowanych ostatnich lat. Moim zdaniem największa siła tych najlepszych obrazów tkwi w nieprzewidywalności. Tzw. bajki dla dzieci od zawsze cierpiały na schematyzm, który osobie dorosłej poważnie psuł frajdę z oglądania prezentowanej historii. Od czasów Shreka to zaczęło się zmieniać. Pokażcie mi jedną osobę na świecie, która przewidziała zakończenie Ratatuja albo rzeczonego Shreka lub domyśliła się, jak dokładnie potoczy się fabuła Frozen czy How To Train Your Dragon. Tymczasem w Coco główna przewrotka fabularna jest niestety wyczuwalna na kilometr, co nie jest oczywiście jakimś strasznym grzechem w filmie - jakby nie było - również dla dzieci, ale mnie osobiście, z wyżej wymienionych powodów, rozczarowało. Rozczarowujące są też piosenki, które nawet nie zbliżają się do mistrzowskiego poziomu Frozen, pomimo tego, że autorami jednej z nich są kompozytorzy genialnych utworów z Krainy Lodu właśnie - Kristen Anderson-Lopez i Robert Lopez.

Moim zdaniem, twórcom nie do końca udało się też zbalansować poszczególnych elementów filmu. Wiadomo, że w obrazie skierowanym do dzieci muszą być elementy komediowego oddechu, sceny akcji, trzeba tu troszkę postraszyć, tam troszkę zasmucić. No i właśnie - wybierając do opowiedzenia taką a nie inną historię, twórcy z góry postawili się trochę na przegranej pozycji. Nie chcę tu streszczać fabuły, bo staram się tego unikać w moich recenzjach, więc napiszę może tak: konflikt jaki oglądamy w tym filmie jest poważny i grożący bardzo daleko idącymi konsekwencjami dla głównego bohatera, Miguela. Jednak nie jest to konflikt z cyklu "goni nas czarny charakter i chce nas zabić". Jest to, można powiedzieć, konflikt rodzinny, a kochająca babcia to nie jest mimo wszystko bohaterka, którą można obarczyć funkcją straszenia widza. W końcu to dalej kochająca babcia, nawet jeśli chwilowo się z nią pokłóciliśmy i przed nią uciekamy. Pojawia się więc potwór, który zaczyna ścigać naszego bohatera a sceny z nim, okraszone odpowiednią muzyką, mają właśnie straszyć. Ale chwila, chwila... Ten potwór nie jest tak naprawdę potworem - on chce Miguela schwytać, żeby rodzina mogła mu pomóc. Gdy człowiek sobie to uświadomi, te w założeniu trzymające w napięciu sceny zaczynają zgrzytać na łączach.

Wielka scena akcji, do której dochodzi pod koniec filmu, również zawodzi. Wydaje się napisana na kolanie, no bo - właśnie - musi być, to jest. Również nie wszystkie przemiany wewnętrzne bohaterów są przekonująco pokazane. A przynajmniej nie jest to poziom tych najlepszych produkcji, o których wspominam wyżej. Zaskakująco mało jest również w tym filmie humoru. To znaczy humor jest, ale głównie ten skierowany do dorosłych i nastolatków. Bardzo mało jest w filmie humoru slapstickowego, który zapewniłby rozrywkę młodszym dzieciom. Znajoma siedmioletnia krytyczka filmowa stwierdziła bez ogródek, że film jej się nie podobał, bo był nudny (jej ocena to 5/10). A jest to osoba, która świetnie się bawiła na - też przecież poruszającym bardzo poważne tematy - W głowie się nie mieści. Tutaj było zbyt poważnie - a więc dla niej nudno.

Co za to w żadnym stopniu nie zawodzi i gdzie Pixar po raz kolejny pokazuje, że absolutnie nie ma sobie równych w dzisiejszych czasach, to umiejętność wzruszania widza (dla znajomej krytyczki aż za bardzo). Nie wiem jak oni to robią; tym razem łez nie wywołuje nawet śmierć żadnego z bohaterów, tylko zwyczajna scena śpiewania komuś piosenki. Nagle poczułem się, jakby Smutek z Inside Out pstryknął mi w głowie przełącznikiem i zacząłem ryczeć jak bóbr. Dawno już nie czułem takich emocji podczas oglądania filmu. Ktoś, kogo Coco nie wzruszy, musi mieć poważny problem z emocjami lub odczuwaniem empatii. Przesłanie filmu, co jest już standardem dla Pixara, jest też zwyczajowo bardzo mądre i nienachalnie podane.

Strasznie się rozpisałem, ale muszę wspomnieć jeszcze o polskim dubbingu. Nie wiem jak to zostało rozwiązane w angielskiej wersji językowej, ale bardzo spodobała mi się decyzja, aby w polski tekst wpleść pojedyncze hiszpańskie słowa lub nawet całe zwroty, mające podkreślać, że rzecz cała dzieje się w Meksyku. Wyszło to zaskakująco zgrabnie i stylowo. Brawo.

Podsumowując, dla mnie Coco nie dorównuje najlepszym animacjom ostatnich lat, ale to wciąż bardzo bardzo bardzo dobry, mądry i niezwykle wzruszający film, który gorąco polecam dorosłym oraz starszym dzieciom. Nie wydaje mi się jedynie odpowiedni dla dzieci młodszych niż powiedzmy 8 lat; przy czym wcale nie z powodu wulgarności czy przerażających scen, ale zaskakująco poważnej (nawet jak na Pixara) i zbyt naładowanej emocjami fabuły pozbawionej odpowiedniej ilości komediowych przerywników dostosowanych do percepcji i wrażliwości młodszych dzieci.

(Pssssstttt... Pamiętajcie o Księdze życia.)

2 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Martwi czują więcej... 9
  • 2017-11-20
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Filmy Pixara zawsze będą zajmować bardzo szczególne miejsce w moim cynicznym serduszku. To Wall-E sprawił, że w ogóle zacząłem się interesować kinematografią, a i za dzieciaka oglądało się przecież kultowe już Toy Story, Potwory i spółka czy Gdzie jest Nemo?. Jednakże w okolicach 2010 roku coś zaczęło się psuć i niegdyś okryte renomą studio, zaczęło popadać w stagnację, i mimo małych postępów w postaci W głowie się nie mieści, albo Dobrego dinozaura, brakowało tego potężnego filmu, który przywróciłby studio na mapę animacyjnego świata… Aż do dziś.

Dziś bowiem zaczęły się seanse przedpremierowe Coco, najnowszej produkcji legendarnego studia, i z radością donoszę, że jest to film, na który zdecydowanie warto było czekać przez wszystkie dotychczasowe średniaki, które Pixar dostarczał swoim fanom.

Coco to, opowieść o Miguelu, pochodzącym z rodziny szewców, który zakochany jest w muzyce. Niestety, jego rodzina zakazuje słuchania, a już tym bardziej tworzenia muzyki, z racji konfliktu sprzed lat. Kiedy Babcia niszczy jego gitarę, Miguel celem wzięcia udziału w konkursie talentów, postanawia ukraść instrument z grobu jego idola, Ernesto de la Cruza. Tym samym, Miguel ściąga na siebie klątwę, w wyniku której trafia do świata zmarłych. A wszystko to, podczas meksykańskiego Dia de los Muertos…

Film jest ciekawą wariacją na temat klasycznego Disney’owskiego filmu animowanego. Jednakże, zamiast księżniczki chcącej czegoś więcej od życia, otrzymujemy chłopca, który chce czegoś więcej od życia. Brzmi jak mało znacząca zamiana i faktycznie, na pierwszy rzut oka fabuła podąża klasycznymi schematami znanymi z takich historii. Jednakże, Coco dorzuca coś od siebie, rozwijając ciekawą intrygę, co jest o tyle ciekawsze, iż rozwija ją praktycznie z niczego. Mimo to fabuła nie sprawia wrażenia, jakby coś w niej zostało wymuszone. Jest to bardzo godne podziwu, zwłaszcza iż końcówka filmu to po prostu wodospad zdarzeń, pełen zwrotów akcji i poruszających scen. Pixar słynie z wywoływania łez u widzów, choć przez ostatnich parę lat, było z tym bardzo kiepsko. Tym razem jednak magia Pixara naprawdę działa, a Coco potrafi dogłębnie poruszyć. Tym bardziej, iż głównym motywem filmu jest przemijanie, strach przed nim i chęć pozostania zapamiętanym, czego dopatrzeć się można w motywacjach postaci, zarówno tych dobrych, jak i negatywnych.

Skoro o postaciach mowa, podoba mi się ich konstrukcja w tym filmie. Pixar przyzwyczaił nas, że nie ma u nich postaci idealnych. Zawsze, gdzieś tam można znaleźć liczne wady charakteru, a w trakcie trwania filmu, wszyscy bohaterowie się czegoś uczą. Miguel więc bardzo chce podążać za marzeniami, choć przez to odsuwa się od rodziny. Rodzina Miguela, zarówno ta żywa, jak i jej przedstawiciele w zaświatach, chcą dla niego dobrze, jednakże ich działania tylko bardziej zwiększają dystans między Miguelem a jego krewnymi. Daje to ciekawy obraz dla głównego bohatera. Widzi dwie ścieżki, życie jakiego pragnie jego rodzina i życie jakiego pragnie on sam. A będąc postawionym przed różnymi perspektywami, lekcja, którą wynosi z przygody w świecie zmarłych, tym bardziej zapada w głowie widza.

Jednakże nie tylko fabuła jest aspektem, dzięki któremu tak wyczekujemy kolejnych Pixarowskich filmów. To także, a dla niektórych przede wszystkim, fenomenalna animacja, którą to studio zachwyca od czasów pierwszego Toy Story. Tym razem jednak, zamiast stawiać na fotorealizm, postawiono na kreatywny projekt świata. I bardzo, bardzo dobrze. Filmy Pixara bardzo wiele tracą w aspekcie animacji, gdy próbują wyglądać możliwie jak najrealniej, głównie przez fakt, iż same projekty postaci są po prostu bardzo kreskówkowe. Najlepszym tego przykładem niech będzie Dobry dinozaur. Z jednej strony, mamy przepiękne widoki natury, z cudownymi efektami pogodowymi, a mimo to, główny bohater wygląda, jakby narysował go trzylatek. Coco, unika tego na dwa sposoby. Po pierwsze, części filmu, które toczą się w prawdziwym świecie, są mocno zredukowane, a sama wizja świata – bardzo stylizowana, do pewnego stopnia wręcz komiksowa. Po drugie, największa część akcji toczy się w krainie zmarłych, gdzie z kolei animatorzy Pixara mają pełną swobodę w animacji. I mówimy tu o naprawdę MASIE różnych detali, zaczynając od magii tego świata, kolorowej stylizacji, inspirowanej meksykańską kulturą, czy w końcu, cudnego projektu szkieletów. Uwielbiam projekt graficzny, który za nimi przemawia, i to jak zdobienia na ich twarzach odpowiadają ich charakterom. Jest tu mnóstwo małych smaczków, które na pewno docenią wszyscy amatorzy animacji.

Jednakże najważniejsza w Coco nie jest animacja, a muzyka. Oto bowiem, ku mojemu zaskoczeniu, Coco okazuje się całkiem zgrabnym musicalem, inspirowany muzyką latynoską. I czuć to zarówno w pojedynczych utworach, jak i ścieżce filmowej, która towarzyszy głównie scenom akcji, choć bez wątpienia pod względem muzycznym, największym hitem jest utwór "Pamiętaj mnie", który jest przedstawicielem mojej ulubionej kategorii muzyki filmowej. Piosenka ta, nie została po prostu napisana na potrzeby filmu, ale jest także bardzo ważnym elementem fabuły. Troszkę jak Atlas chmur na sekstet, z filmu Atlas chmur. Jednakże rzecz dodatkowa, która wyróżnia ten utwór, oprócz jego aktywnej roli w fabule, to jej symbolika i to jak wiąże się z głównym motywem tematycznym całego filmu.

A co do motywów i nawiązań, muszę też powiedzieć, że jestem zachwycony znaczeniem tytułu filmu. Nikt nawet nie podejrzewał, o co może chodzić twórcom, którzy nazwali film toczący się w krainie śmierci, według meksykańskiej kultury, "Coco". I choć nikt nigdy nie mówi tego wprost, to wytłumaczenie tego tytułu jest po prostu piękne i trudno mi nie być pod wrażeniem samego pomysłu. Jest to dla mnie jedynie dowodem, że nawet w wielkich hollywoodzkich korporacjach, są ludzie z pasją, którzy dbają o każdy maleńki szczegół nadchodzących produkcji – nawet tytuł.

Aż trudno mi w to uwierzyć, ale Pixar w końcu to zrobił. W końcu powrócił filmem, który ma szansę stać się Toy Story młodego pokolenia. Nie jest to powrót, który tak można nazwać z litości, ale dlatego, bo to naprawdę produkcja bardzo wysokiej jakości. Coco to film który, choć kierowany jest do młodego widza, zostawia bardzo dużo tematów i motywów, nad którymi można rozmyślać, interpretować i zachwycać się zmyślnością twórców, nawet jeśli co bardziej widoczne motywy fabularne są trochę oczywiste. Prawdziwy powrót do dawnej formy, na który wszyscy czekaliśmy od wielu, wielu lat…

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie