Coco 7.2

Mały Miguel, zafascynowany grą na gitarze marzy o tym, by pójść w ślady swojego muzycznego idola, Ernesto de la Cruz. Chłopiec - wbrew rodzinnemu zakazowi - za wszelką cenę chce rozwijać swój talent. W tajemniczych okolicznościach trafia do niezwykłej Krainy Zmarłych, gdzie na swej drodze napotyka uroczego oszusta Hektora i z nim odkrywa historię swojej rodziny.

Recenzje

Martwi czują więcej... 9
  • 2017-11-20
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Filmy Pixara zawsze będą zajmować bardzo szczególne miejsce w moim cynicznym serduszku. To Wall-E sprawił, że w ogóle zacząłem się interesować kinematografią, a i za dzieciaka oglądało się przecież kultowe już Toy Story, Potwory i spółka czy Gdzie jest Nemo?. Jednakże w okolicach 2010 roku coś zaczęło się psuć i niegdyś okryte renomą studio, zaczęło popadać w stagnację, i mimo małych postępów w postaci W głowie się nie mieści, albo Dobrego dinozaura, brakowało tego potężnego filmu, który przywróciłby studio na mapę animacyjnego świata… Aż do dziś.

Dziś bowiem zaczęły się seanse przedpremierowe Coco, najnowszej produkcji legendarnego studia, i z radością donoszę, że jest to film, na który zdecydowanie warto było czekać przez wszystkie dotychczasowe średniaki, które Pixar dostarczał swoim fanom.

Coco to, opowieść o Miguelu, pochodzącym z rodziny szewców, który zakochany jest w muzyce. Niestety, jego rodzina zakazuje słuchania, a już tym bardziej tworzenia muzyki, z racji konfliktu sprzed lat. Kiedy Babcia niszczy jego gitarę, Miguel celem wzięcia udziału w konkursie talentów, postanawia ukraść instrument z grobu jego idola, Ernesto de la Cruza. Tym samym, Miguel ściąga na siebie klątwę, w wyniku której trafia do świata zmarłych. A wszystko to, podczas meksykańskiego Dia de los Muertos…

Film jest ciekawą wariacją na temat klasycznego Disney’owskiego filmu animowanego. Jednakże, zamiast księżniczki chcącej czegoś więcej od życia, otrzymujemy chłopca, który chce czegoś więcej od życia. Brzmi jak mało znacząca zamiana i faktycznie, na pierwszy rzut oka fabuła podąża klasycznymi schematami znanymi z takich historii. Jednakże, Coco dorzuca coś od siebie, rozwijając ciekawą intrygę, co jest o tyle ciekawsze, iż rozwija ją praktycznie z niczego. Mimo to fabuła nie sprawia wrażenia, jakby coś w niej zostało wymuszone. Jest to bardzo godne podziwu, zwłaszcza iż końcówka filmu to po prostu wodospad zdarzeń, pełen zwrotów akcji i poruszających scen. Pixar słynie z wywoływania łez u widzów, choć przez ostatnich parę lat, było z tym bardzo kiepsko. Tym razem jednak magia Pixara naprawdę działa, a Coco potrafi dogłębnie poruszyć. Tym bardziej, iż głównym motywem filmu jest przemijanie, strach przed nim i chęć pozostania zapamiętanym, czego dopatrzeć się można w motywacjach postaci, zarówno tych dobrych, jak i negatywnych.

Skoro o postaciach mowa, podoba mi się ich konstrukcja w tym filmie. Pixar przyzwyczaił nas, że nie ma u nich postaci idealnych. Zawsze, gdzieś tam można znaleźć liczne wady charakteru, a w trakcie trwania filmu, wszyscy bohaterowie się czegoś uczą. Miguel więc bardzo chce podążać za marzeniami, choć przez to odsuwa się od rodziny. Rodzina Miguela, zarówno ta żywa, jak i jej przedstawiciele w zaświatach, chcą dla niego dobrze, jednakże ich działania tylko bardziej zwiększają dystans między Miguelem a jego krewnymi. Daje to ciekawy obraz dla głównego bohatera. Widzi dwie ścieżki, życie jakiego pragnie jego rodzina i życie jakiego pragnie on sam. A będąc postawionym przed różnymi perspektywami, lekcja, którą wynosi z przygody w świecie zmarłych, tym bardziej zapada w głowie widza.

Jednakże nie tylko fabuła jest aspektem, dzięki któremu tak wyczekujemy kolejnych Pixarowskich filmów. To także, a dla niektórych przede wszystkim, fenomenalna animacja, którą to studio zachwyca od czasów pierwszego Toy Story. Tym razem jednak, zamiast stawiać na fotorealizm, postawiono na kreatywny projekt świata. I bardzo, bardzo dobrze. Filmy Pixara bardzo wiele tracą w aspekcie animacji, gdy próbują wyglądać możliwie jak najrealniej, głównie przez fakt, iż same projekty postaci są po prostu bardzo kreskówkowe. Najlepszym tego przykładem niech będzie Dobry dinozaur. Z jednej strony, mamy przepiękne widoki natury, z cudownymi efektami pogodowymi, a mimo to, główny bohater wygląda, jakby narysował go trzylatek. Coco, unika tego na dwa sposoby. Po pierwsze, części filmu, które toczą się w prawdziwym świecie, są mocno zredukowane, a sama wizja świata – bardzo stylizowana, do pewnego stopnia wręcz komiksowa. Po drugie, największa część akcji toczy się w krainie zmarłych, gdzie z kolei animatorzy Pixara mają pełną swobodę w animacji. I mówimy tu o naprawdę MASIE różnych detali, zaczynając od magii tego świata, kolorowej stylizacji, inspirowanej meksykańską kulturą, czy w końcu, cudnego projektu szkieletów. Uwielbiam projekt graficzny, który za nimi przemawia, i to jak zdobienia na ich twarzach odpowiadają ich charakterom. Jest tu mnóstwo małych smaczków, które na pewno docenią wszyscy amatorzy animacji.

Jednakże najważniejsza w Coco nie jest animacja, a muzyka. Oto bowiem, ku mojemu zaskoczeniu, Coco okazuje się całkiem zgrabnym musicalem, inspirowany muzyką latynoską. I czuć to zarówno w pojedynczych utworach, jak i ścieżce filmowej, która towarzyszy głównie scenom akcji, choć bez wątpienia pod względem muzycznym, największym hitem jest utwór "Pamiętaj mnie", który jest przedstawicielem mojej ulubionej kategorii muzyki filmowej. Piosenka ta, nie została po prostu napisana na potrzeby filmu, ale jest także bardzo ważnym elementem fabuły. Troszkę jak Atlas chmur na sekstet, z filmu Atlas chmur. Jednakże rzecz dodatkowa, która wyróżnia ten utwór, oprócz jego aktywnej roli w fabule, to jej symbolika i to jak wiąże się z głównym motywem tematycznym całego filmu.

A co do motywów i nawiązań, muszę też powiedzieć, że jestem zachwycony znaczeniem tytułu filmu. Nikt nawet nie podejrzewał, o co może chodzić twórcom, którzy nazwali film toczący się w krainie śmierci, według meksykańskiej kultury, "Coco". I choć nikt nigdy nie mówi tego wprost, to wytłumaczenie tego tytułu jest po prostu piękne i trudno mi nie być pod wrażeniem samego pomysłu. Jest to dla mnie jedynie dowodem, że nawet w wielkich hollywoodzkich korporacjach, są ludzie z pasją, którzy dbają o każdy maleńki szczegół nadchodzących produkcji – nawet tytuł.

Aż trudno mi w to uwierzyć, ale Pixar w końcu to zrobił. W końcu powrócił filmem, który ma szansę stać się Toy Story młodego pokolenia. Nie jest to powrót, który tak można nazwać z litości, ale dlatego, bo to naprawdę produkcja bardzo wysokiej jakości. Coco to film który, choć kierowany jest do młodego widza, zostawia bardzo dużo tematów i motywów, nad którymi można rozmyślać, interpretować i zachwycać się zmyślnością twórców, nawet jeśli co bardziej widoczne motywy fabularne są trochę oczywiste. Prawdziwy powrót do dawnej formy, na który wszyscy czekaliśmy od wielu, wielu lat…

1 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie